niedziela, 28 września 2014

O królu, koronie i gronostajach

fot. ze zbiorów H. Staniewskiej
Helenka obudziła się tego dnia bardzo wcześnie. Siostra, rodzice, a nawet kochana Babunia, spali jeszcze kiedy dziewczynka wyskoczyła łóżka żeby podziwiać błękit nieba za oknem. Uwielbiała bezchmurne niebo i słońce, które tak śmiesznie łaskotało swoimi promieniami. Zapowiada się piękny dzień! Nie tylko z powodu pogody. Od kilku dni Helenka nie myślała o niczym innym tylko o tajemniczym pociągu, który ma przejeżdżać przez jej miasteczko. Kiedy Elżunia wróciła pewnego dnia ze szkoły z wiadomością, że pójdą z klasą na dworzec witać przejeżdżającego króla Rumunii, Helenka od razu uruchomiła swoją wyobraźnię i  zobaczyła dostojnego mężczyznę w koronie, z berłem i w gronostajach. Wprawdzie nie wiedziała gdzie znajduje się ta Rumunia, ale król to król! Widziała kiedyś  ilustrację w książeczce Kasi, swojej towarzyszki zabaw, a Babunia opowiadała jej niezliczone bajki i wiedziała jak król wyglądać powinien.  A dzisiaj może go zobaczyć na własne oczy!
Ubrała pospiesznie sukienkę i wybiegła z domu. Pobiegła aż za dworek pana Hoffmeyera gdzie jej oczom ukazała się rozległa łąka, której zieleń, niczym dywan, poprzeplatały kolorowe plamy kwiatów. Kiedy Helenka wróciła do domu, Elżunia zdążyła już wyjść do szkoły, a tato – do swojego warsztatu. Mama trochę złościła się o to samowolne poranne wyjście, ale szybko złość jej minęła i nawet chętnie zawiązała dziewczynce nowe wstążki na cienkich warkoczykach kiedy ta ją pięknie o to poprosiła. Wiedziała jak bardzo jej córeczka cieszy się na „spotkanie z królem” więc pozwoliła jej ubrać „niedzielną” sukienkę i prawie nowe sandałki. Sama była ciekawa tego króla i nawet miała ochotę pójść z Helenką, ale nie mogła zostawić babuni samej w domu. Trudno, może jeszcze kiedyś trafi się okazja.
Helcia omal nie pogubiła sandałków biegnąc na dworzec. Nie znała się jeszcze na zegarku i bała się, że przybiegnie za późno. Na peronie zastała tłum dzieci, które przyszły tutaj ze swoimi nauczycielkami. Każdy uczeń trzymał w ręce chorągiewkę albo kwiatek. Było też sporo ciekawskich dorosłych. Nagle gdzieś niedaleko rozległ się gwizd lokomotywy. Dziewczynka próbowała przecisnąć się przez zwarty tłum. Wszyscy wokół byli więksi i maleńka wątła Helenka nie miała siły, żeby przedostać się przed innych. Jeszcze kilka razy spróbowała się przepchnąć, ale po chwili już wiedziała, że pozostaje jej tylko zrezygnować i się rozpłakać. To koniec! Nie ma szansy, żeby zobaczyć prawdziwego króla. Nagle poczuła, że ktoś chwyta ją pod ramiona i unosi w powietrze. Odwróciła głowę i zobaczyła tatę! Kochany tatuś! A zarzekał się, że nie pójdzie bo nie jest ciekaw. Łzy natychmiast obeschły na policzkach dziewczynki.

Najpierw dostojnie przejechała ciężka czarna lokomotywa wypuszczając kominem kłęby dymu. Królewska para stała w otwartym oknie swojego wagonu. Początkowo Helusia była trochę zawiedziona ponieważ nie zobaczyła korony, berła ani gronostajowej peleryny. Czy król powinien wyglądać jak normalny człowiek? Widocznie tak. Przecież Babunia zawsze powtarza, że nie szata zdobi człowieka. Dzieci zaczęły rzucać swoje kwiatki w stronę wagonu. Helenka cały czas ściskała  w rączce pomięte maki i modraki przyniesione z łąki. Z całej siły rzuciła je w stronę królewskiego okna. Jeden niebieski chaber zahaczył się i zawisł w oknie. I wtedy stało się coś, co dziewczynka zapamiętała do końca życia. Król podniósł kwiatek, spojrzał na Helenkę i pięknie się uśmiechnął.

28 czerwca 1937 roku, odbywający w Polsce oficjalną wizytę król Rumunii Karol II, przejechał koleją z Warszawy do Biedruska mijając po drodze miasteczko Swarzędz.
fot. ze zbiorów H. Staniewskiej

piątek, 26 września 2014

O meblach

Fotografia pochodzi ze strony: www.meble.swarzedz.pl
Ponieważ jestem dzieckiem rodziny stolarskiej (mam to udokumentowane na cztery pokolenia wstecz), odczuwam ogromną potrzebę napisania czegoś o meblach. Wiem, że to głupio brzmi bo w końcu co można napisać o meblach? Jednak spróbuję.
Czasami sobie wyobrażam jak mogło wyglądać w warsztacie u prapradziadka lub pradziadka. Jak, wraz z wprowadzaniem nowych narzędzi czy maszyn, zmieniała się technologia. Bo przecież wtedy ludzie, podobnie jak teraz, też musieli dążyć do ułatwienia sobie pracy. Wzrok musieli ci moi przodkowie tracić ślęcząc nad kolejną szafą czy stołem bez oświetlenia elektrycznego.  Podejrzewam, że podobnie jak ja w moim domu, ich żony w swoich domach, musiały się zadowolić meblami z przypadku. W myśl starej zasady, że „szewc bez butów chodzi”.
Ale miało być o meblach.  O tych prawdziwych, z duszą. O takich, których historię czuje się dotykając ich. Można sobie wyobrazić stolarza wygładzającego strugiem deski, składającego fornir w piękne wzory by w końcu, po żmudnym szlifowaniu,  nałożyć kolejne warstwy politury. Może nie każdy wie, że polerowanie przypomina głaskanie mebla. Dlatego właśnie myślę, że pięknie wypolerowana szafa, komoda czy bufet mógł powstać tylko wtedy kiedy stolarz wkładał w nią swoje serce. I z tego powodu stare meble mają duszę.
Jakże to jest dalekie od naszej współczesności. Dzisiaj mebel powstaje zupełnie inaczej. Z reguły zaczyna żywot w hurtowni płyt, które to płyty są kolejno przycinane, ich kanty są oklejane, po czym całość się skleja lub skręca oraz wyposaża w okucia (uchwyty, zawiasy itp.). I to by było w skrócie na tyle.  Dodam, że z reguły są projektowane przez, mniej lub bardziej zdolnych, dekoratorów wnętrz, którym często ludzie ślepo ufają i nawet nie próbują dodać czegoś „od siebie”. Znam przypadek awantury zrobionej dziecku, które w trakcie zabawy przestawiło wazonik z miejsca wyznaczonego przez projektanta. Ale to chyba sytuacja ekstremalna. I żeby ktoś nie myślał, że jestem wrogiem projektowania wnętrz. Śmieszy mnie tylko brak własnej inicjatywy niektórych osób w kwestii wyposażenia lub dekoracji własnego mieszkania.
A propos projektowania. Gdybym ja się tym zajmowała, sięgnęłabym po sprawdzone wzorce. Bo stare meble to nie tylko poważne, dostojne szafy. To również wesołe, niebanalne pomysły w stylu art deco i te mi się najbardziej podobają. Między innymi dla nich tak chętnie oglądam przedwojenne filmy. Są kopalnią wiedzy na temat wyglądu nowoczesnych wówczas mebli, schodów, drzwi, a mogłyby być również kopalnią pomysłów. Zachęcam do zwrócenia na to uwagi. Jaka szkoda, że zapomniano o nich w PRLu i zamieniono na banalne meblościanki. Ale taka była potrzeba tamtych czasów, a meblościanki też miały swoją „duszę”. Zresztą podejrzewam, że za kilkadziesiąt lat to samo będzie można powiedzieć o naszych współczesnych mebelkach.

niedziela, 14 września 2014

powrót do recyclingu


Lato w tym roku jest dla nas łaskawe i nie uciekło wraz z rozpoczęciem roku szkolnego. Jednak w każdej chwili aura może nas poczęstować porcją jesieni i siłą rzeczy zaczniemy spędzać więcej czasu w domu. Idealna pora na powrót do uprawiania „recyclingu”, czyli modelarstwa w moim domu. Osobom, które nie orientują się co to oznacza  polecam odwiedzenie wpisu „Recycling” z 17 kwietnia 2013 r.( tutaj ). Tam dokładnie i ze szczegółami opisałam to dziwne zjawisko.

Aby męska część mojej rodzinki poczuła się dowartościowana, poniżej przedstawiam kilka fotek z efektami ich pracy. Warstwa kurzu na wagonikach świadczy o porzuceniu ich w sezonie letnim. Już wkrótce  jednak odzyskają swój blask.  

faza projektu




faza tworzenia



efekt końcowy












niedziela, 24 sierpnia 2014

Moje wielkie wiejskie wakacje



fot. Halina Staniewska
Maluszek dzielnie toczył się asfaltową wąską drogą między szpalerem drzew. Lubiliśmy jeździć naszym piaskowym fiacikiem. Może to dzisiaj śmieszne, ale  dawał nam wrażenie bezpieczeństwa. Było w nim przytulnie, cała nasza czwórka się mieściła, deszcz na głowę nie padał i można było wszędzie nim dotrzeć. Wypatrywałam niecierpliwie drogowskazu przy którym trzeba było skręcić w polną wyboistą drogę. Tutaj zaczynał się inny świat. Po lewej stronie pagórek porośnięty krzakami. Jak głosi legenda, był tam cmentarz podczas epidemii cholery wiele lat temu. Po przeciwnej stronie jak okiem sięgnąć rozciągały się ścierniska. To oznaczało, że wakacje nieubłaganie zbliżają się ku końcowi. Ale jeszcze nie czas, żeby się tym martwić. Przed nami cały tydzień na wsi! W połowie drogi, przy mostku na Cybinie odruchowo wszyscy spoglądają w lewo - prawie zawsze można zobaczyć stadko saren. Jeszcze tylko pagórek i już widać domy. Niewiele tych domów – wszystkiego cztery gospodarstwa otoczone pagórkowatymi lasami, łąkami i polami. Dla dzieci to prawdziwy raj na ziemi.
Tata nie zdążył jeszcze dobrze zaparkować, a nas już nie było. Znikaliśmy z kuzynami w sadzie albo na łące.  To była prawdziwa wolność! Ledwo udawało się nas dowołać kiedy trzeba było się pożegnać z rodzicami odjeżdżającymi do domu.  Czekał nas najbardziej intensywny tydzień w roku. Słowo „nuda” stawało się czymś zupełnie abstrakcyjnym.
fot. Halina Staniewska
 Wielkie podwórze u Wujka było wspaniałym placem zabaw.  Z trzech stron było otoczone budynkami gospodarskimi, a z czwartej zamykał je duży dom i stara drewniana brama. Przy stodole miały swój wybieg dwa owczarki podhalańskie, do których raczej baliśmy się podchodzić. Ale „na pocieszenie” wszędzie za nami biegał przyjazny kundelek. Najlepsze zabawy miały miejsce w starym sadku. Szczególnie wdzięcznym miejscem dla naszych szalonych pomysłów była krzywa, podparta belką jabłonka. Dzielnie znosiła nasz dziecięcy ciężar będąc w zależności od pomysłu: statkiem, czołgiem, twierdzą, a nawet aresztem dla przestępców. Drugim „ulubionym” miejscem był stos polnych kamieni i podręczne składowisko złomu. Wszystko dyskretnie osłonięte krzewami. Tam były najlepsze zabawy „w dom”. Na stercie żelastwa leżały stare garnki, sztućce, czajniki, miski, stojaki do tych misek. Słowem – wszystko co w domu potrzebne. Kiedy zabawa w dom się nudziła można było pójść na stromą łąkę i robić z niej fikołki. Mieliśmy też specjalnie wykoszony z zielska kawałek brzegu miejscowego strumyka gdzie można było się chłodzić  w czasie upału. Niewątpliwą atrakcją okolicy były wielkie doły po dawnej żwirowni. Tam można było zjeżdżać w dół po piasku. Ewentualnie bawić się w pustynię. W czasie deszczu dzieci się wcale nie nudziły. Wtedy placem zabaw stawała się wielka stodoła. Sterta siana była  świetna zjeżdżalnią.  Ale najbardziej hardkorową zabawą były zawody w rąbaniu drewna na szczapy. Wygrywał ten, komu udało się „rąbnąć” najcieńszą szczapkę. Wtedy nie zdawaliśmy sobie sprawy z grozy tych chwil. O dziwo, nikomu nic się nie stało.
fot. Halina Staniewska
     Sporo zabawy wiązało się ze zwierzętami gospodarskimi. Ciotka zleciła nam codzienne poszukiwanie jajek, które cwane kury chodziły znosić w przeróżne dziwne miejsca. Szukaliśmy w drewutni, garażu i wielu innych zakamarkach. Kilka razy posyłano nas z krowami na pastwisko. Jednym okiem spoglądając na zwierzęta i pilnując, żeby nie lazły w szkodę, bawiliśmy się w załogę „Rudego” albo w janosikową bandę. W ostateczności grało się w karty, albo rzucało scyzorykiem.
     Frajdą było chodzenie po okolicznych łąkach i lasach. Na łąkę posyłano nas po wodę ze źródełka. Po przecedzeniu przez gazę służyła do zaparzania herbaty i kawy. W lesie zbieraliśmy maliny i jeżyny. Po kontakcie z krzakami jeżyn wyglądaliśmy jakbyśmy się przedzierali przez zasieki z drutu kolczastego, ale nikt się tym nie przejmował. Ważne, że Babcia miała z czego usmażyć dżem, który pochłanialiśmy z chlebem na kolację. Aż dziw bierze, że na to wszystko wystarczyło nam czasu w ciągu tygodnia.
Na zakończenie, sobotę czekała nas wielka atrakcja - wyprawa garbatą „Warszawą” do miasteczka na włoskie lody! A wieczorem – ognisko!
     O moich „wiejskich” wakacjach mogłabym jeszcze wiele opowiadać. Niestety, kiedyś musiały się kończyć. Myślę, że nikogo nie zdziwi fakt, że po powrocie do domu, życie w mieście wydało mi się  monotonne, nudne i bez sensu.
fot. Halina Staniewska

piątek, 1 sierpnia 2014

Skarby na każdą kieszeń czyli jak miło powspominać

   Czy byliście kiedyś w komnacie pełnej skarbów? W naszym miasteczku było takie miejsce. Znało je kilka pokoleń jego mieszkańców, a teraz odeszło w zapomnienie. Dawno temu zaprowadzili mnie tam rodzice...
  Pamiętam, że wchodziło się po kilku kamiennych schodkach. Otwierając stare drzwi, uruchamiało się dzwonek.  Za drewnianą ladą wyposażoną w szklane gabloty stał wszystkim w miasteczku znany Pan Majerowicz. Sklepik był maleńki i do dzisiaj nie mogę pojąć w jaki sposób mieścił się tam tak wielki asortyment, że każdy mógł znaleźć coś dla siebie. Nie ważne czy od babci lub cioci dostało się złotówkę czy pięć złotych. Ważne, że za każdą z tych kwot można było coś kupić. Coś co cieszyło. Były to czasy kiedy cieszyło wszystko. Naszą rzeczywistością były landrynki przyklejone do papierowych torebek oraz kolorowa woda w woreczkach. Dlatego właśnie cieszyło nas wszystko. Choćby to był zwykły długopis. Ale tam długopisy wcale nie były zwykłe. Przede wszystkim, przeciwieństwie do szarej rzeczywistości, było tam bardzo kolorowo. Pewnie była to zasługa ówczesnej produkcji rzemieślniczej. Długopisy były piękne: w ich przejrzystym wnętrzu pływały plastikowe mini stateczki lub (dla bardziej dojrzałych klientów) figurki niekompletnie ubranych pań. Były też modele piszące czterema lub  sześcioma kolorami, a przez pewien czas hitem były wielkie długopisy z podobizną Jana Pawła II (ten trend zapoczątkował Lech Wałęsa). Myli się jednak ten, kto myśli, że był to sklepik z wyrobami piśmienniczymi. Lista towarów jest długa: piłki, piłeczki, skakanki, kolorowe wiatraczki, żołnierzyki, kolarzyki, spadochroniarze, autka, wiaderka, łopatki, figurki smerfów, Rumcajsów, Cypisków, podobizny myszki Miki i kaczora Donalda, bączki, karty do piotrusia, kalkomanie, cała gama przypinek z idolami muzycznymi, mnóstwo spinek do włosów. Pamiętam również paski do spodni z modnymi wielkimi klamrami w stylu westernowym. Żadna ważna uroczystość rodzinna nie obyła się też bez telegramu lub kartki z życzeniami wybranej z szerokiego asortymentu Pana Majerowicza.
   Pamięć ludzka jest zbyt ulotna, żeby wymienić wszystko. Jednak to co opisałam wystarczyło, żeby łza w moim oku się zakręciła. I niech mi ktoś powie, czy nasze dzieciaki będą miały takie wspomnienia?! Wątpię, żeby tak ciepło w przyszłości myśleli o którejś wielkiej galerii handlowej pełnej bezosobowych sklepów z zabawkami…

  Wiem, że żyjemy w XXI wieku. Korzystamy z wielu udogodnień, o których nasi rodzice nawet nie marzyli. Jednak czasami miło powspominać…

wtorek, 22 kwietnia 2014

Teatr - miejsce magiczne

      Jak ja dawno nie byłam w teatrze! Wstyd się przyznać, ale chyba ostatnio w czasach licealnych. Tak się jakoś w życiu składało, ale w końcu nadszedł czas nadrabiania zaległości. Nie przez przypadek wybrałam poznański Teatr Polski. Całkiem niedawno dowiedziałam się, że mój pradziadek, razem ze swoją siostrą, właśnie do tego teatru jakieś 120 lat temu jeździł uczyć się aktorstwa. Kariery nie zrobili, ale w amatorskich teatrzykach powodzenie mieli spore. Kiedy oglądam ich fotografie, trudno sobie wyobrazić, że ci poważni ludzie mogli mieć tak niezwykłą, jak na tamte czasy, fantazję.
Jeszcze chwila i zacznie się przedstawienie. Uwielbiam te emocje kiedy czeka się na wyjście aktorów. Za moment kurtyna pójdzie w górę, a snopy świateł z reflektorów oświetlą scenę. Teatr to takie magiczne miejsce. W sumie to fajnie byłoby tutaj pracować, poznać życie sceniczne od tej drugiej, niedostępnej dla widza, strony. Nie mam żadnych predyspozycji, żeby być aktorką, ale czasami marzy mi się, żeby napisać coś co mogłoby być wystawione. Ale dosyć! Trzeba się skupić na przedstawieniu.
Światło zgasło na kilka sekund. Kiedy zrobiło się jasno ogarnęło mnie znane już wcześniej uczucie. Znowu! Znikły  rzędy foteli, a kiedy się rozejrzałam, zobaczyłam wokół kawiarniane stoliki, przy których siedzieli jakoś inaczej ubrani ludzie. No tak, na pewno teraz nikt się tak nie ubiera, ale w latach trzydziestych – owszem. Widziałam takie sukienki na filmach.
Wnętrze wydawało mi się jakieś znane. Wysokie pomieszczenie z niemal gotyckimi wąskimi oknami, a na jednej ze ścian podwyższenie ze sceną. Widziałam ten lokal na fotografii! To przecież dom zdrojowy Marco, po wojnie przebudowany i znany mi dobrze jako kino „Rusałka”!
Ludzie wyraźnie na coś czekali  spoglądając na scenę. Nagle za kulisami zrobiło się jakieś zamieszanie i wyszli muzycy. Pianista usiadł do instrumentu, a gitarzysta i skrzypek stanął obok. Rozpoczynało się przedstawienie. Na scenę zaczęli wychodzić młodzi aktorzy i odgrywać swoje role. Niewiele czasu zajęło mi zidentyfikowanie wodewilu, który grali. Przecież to „Królowa przedmieścia”! Kilka razy widziałam wersję kinową z 1938 roku więc treść znam, można powiedzieć, na pamięć. Jednak zamiast Żabczyńskiego i Grossówny w głównych rolach widziałam obce twarze. Ale czy na pewno obce? Już gdzieś je widziałam. Wiem! Przecież u mnie na ścianie wisi fotografia zrobiona po tym przedstawieniu. Mogę nawet dokładnie określić jego datę – 5 lutego 1939 roku. Ci młodzi ludzie to swarzędzki „Sokół”, nie widzę tylko pradziadka, ale wiem, że jako reżyser przedstawienia na pewno stoi za kulisami. Tyle razy próbowałam sobie wyobrazić atmosferę przedwojennych amatorskich przedstawień. Teraz moja ciekawość została zaspokojona. Widziałam twarze widzów zapatrzone w scenę. Widziałam też twarze aktorów-amatorów, którzy dawali z siebie wszystko, żeby spodobać się widowni. Jaka szkoda, że my nie mamy chęci i czasu na takie rozrywki. Otacza nas zupełnie inna rzeczywistość. Ale łezka w oku czasami się zakręci na wspomnienie tamtych ludzi i ich życia. Życia bez tych udogodnień, które mamy teraz, ale jednak wcale nie uboższego…
W sali zgasło światło. Zdaje się, że jakaś awaria. Kiedy się zrobiło jasno zobaczyłam dużą teatralną scenę i rzędy foteli. Mąż, siedzący obok, lekko szturchnął mnie w ramię. Chyba pomyślał, że zasnęłam. „Może wyjdziemy na przerwę rozprostować kości?”. Popatrzałam na niego trochę jeszcze nieprzytomnie. A więc sen się skończył. Trudno, trzeba wrócić do rzeczywistości. „Chodźmy. Może kupimy wodę, trochę mi w gardle zaschło…”

5 lutego 1939 roku swarzędzki "Sokół" zorganizował przedstawienie "Królowa Przedmieścia". Był to jeden z wielu modnych w latach dwudziestych i trzydziestych wodewili, które Towarzystwo wystawiało. Opis przedstawienia jest tylko moim wyobrażeniem na temat tego wydarzenia. Z rzeczywistością może nie mieć wiele wspólnego...

sobota, 12 kwietnia 2014

Wielkanoc w Aragonii


Co zrobić kiedy zbliża się Wielkanoc, a długo oczekiwany ojciec i mąż, pracujący na obczyźnie, nie dostał urlopu i nie przyjedzie do domu? Poszukać tanich biletów, zapakować dzieciaki do samolotu i fruuu...
Zrobiłam tak w 2008 roku i w ten sposób spędziłam swoje jedyne święta poza domem. A tak to mniej więcej wyglądało:

Wszystkie okoliczne markety odwiedzone i ani śladu czekoladowego zająca! No dobrze, związek zająca z Wielkanocą jest nie do końca jasny, ale żeby nie było czekoladowych jajek i kurczaków?!  Widocznie Hiszpanie mają inne pojęcie o świątecznych symbolach. Trudno, przyjechaliśmy do La Puebla de Alfinden żeby spędzić tu  polskie święta i zrobimy to mimo przeciwności losu.
Już pożegnaliśmy się z wizją sernika z powodu braku zwykłego białego sera, kiedy ktoś z Polaków mieszkających w miasteczku dowiedział się, że w polskim sklepie w Saragossie można takowy „dostać”. Czyli sernik będzie! Babkę również można upiec. Wędliny przywieźliśmy ze sobą. Kury na szczęście jajka znoszą na całym świecie. Czego nam jeszcze brakuje do święconki? Gryczpanu (dla niewtajemniczonych – bukszpanu) i barana z masła. Coś na kształt tego pierwszego znaleźliśmy w parku, a barana dzieciaki wyrzeźbiły przy pomocy nożyków. Czyli jest wszystko czego potrzeba. Pojawia się jednak zasadniczy problem – zwyczaj święcenia pokarmów w ogóle tutaj nie jest znany! W końcu w Wielką Sobotę dowiadujemy się, że jakiś polski ksiądz  święci, ale już za dziesięć minut w miasteczku oddalonym od nas o 30 kilometrów. Dotarcie raczej graniczyłoby z cudem. Trudno. Trzeba pogodzić się z brakiem „święconego”.
Spędziliśmy święta w gronie wspaniałych przyjaciół (przy okazji pozdrawiam dwie Gosie, Pawła, Kubę, Artura i Adriana) i na pewno tych chwil nie zapomnimy. Poza tym mieliśmy okazję celebrować Wielkanoc w sposób niesamowity i zupełnie odmienny niż zawsze. Dla Hiszpanów bowiem najważniejszy jest Semana Santa czyli Wielki Tydzień. Nam ten czas kojarzy się z zadumą i ciszą. U nich, za sprawą  bębnów, w których rytm codziennie ulicami miast przechodzą procesje męczenników, trudno nazwać ten tydzień cichym. Rytmiczny dźwięk narasta w miarę zbliżania się pochodu i przyprawia o gęsią skórkę. Oczywiście, im większa miejscowość tym procesja odbywa się z większym rozmachem. Jeszcze bardziej niesamowite są stroje, których tradycja wywodzi się jeszcze ze średniowiecza, kiedy tak właśnie ubierano ludzi karanych przez inkwizycję. Dzisiaj noszenie długiej szaty i kaptura nie jest karą, a zaszczytem. Ubrani w nie ludzie idą ulicami niosąc relikwie i święte figury na ogromnych drewnianych platformach. W dodatku nie jest to jednorazowe widowisko ponieważ odbywa się codziennie od Niedzieli Palmowej do Wielkiego Piątku. W sobotę robi się cicho, a drzwi  kościoła zastają zamknięte na głucho. Nie ma zwyczaju adoracji Grobu Pańskiego. Świątynia ożywa ponownie w Niedzielę.
Tak wyglądały nasze jedyne święta spędzone z dala od domu. Nie było źle, ale postanowiliśmy więcej tego doświadczenia nie powtarzać. Bliskość babć, dziadków, ciotek, wujków i kuzynów jest jednak bardzo ważna, nawet jeżeli na co dzień nie wszystkich się lubi.
Życzę wszystkim Wesołych Świąt! 



 A tutaj kilka obrazków z La Puebla de Alfinden i okolic (pustynia jak okiem sięgnąć):




I jeszcze stolica Aragonii - Zaragoza (Saragossa jak ktoś woli) i mętne wody Ebro: