sobota, 25 marca 2017

Kleofas


Kto ma ochotę na radosną twórczość dziecięcą?! Przeglądając stare pliki natrafiłam na pierwszą (i chyba ostatnią) książeczkę syna. Powstała 13 lat temu i mam nadzieję, że mój pierworodny nie zabije mnie za tę publikację. Zaryzykuję! Zachowuję oryginalną pisownię.


Kleofas


Wstęp
Cześć!!
Mam na imię Kleofas Kiełek. Mieszkam w małym miasteczku Zwierzątkowo, przy ulicy Wybrzeże Słonika 2. Mam czerwony berecik, czerwone buty i żółty kaftanik. Mieszkam w bardzo dużym domu koło jeziora i mam czerwony samochód. Na Wybrzeżu Słonika są tylko dwa domy. To znaczy jeden dom i opuszczona buda.

Dzień Dziadka
Jutro przyjeżdża do mnie dziadek Eliasz. Oczywiście dziadek przyjeżdża do mnie tylko na Dzień Dziadka bo lubi kiedy dostaje prezenty. Ale mi nie daje żadnych upominków bo nie chce tracić pieniędzy.
Gdy dziadek przyjechał, od razu zauważył zmiany.
-         O, widzę, że odnowiłeś tę ruinę – powiedział dziadek i wyjął piwo z kieszeni – No, pijesz?
-         YYY... nie, nie dziadku. Usiądź na krześle, daj odłożę laskę.
-         Zostaw!! – krzyknął dziadek – Mam w lasce oszczędności – powiedział – nigdy nie wydaję oszczędności na niepotrzebne rzeczy... No, masz ten prezent dla mnie czy nie?
-         Mam.
-         A co to za dziwoląg?
-         To? To jest słoń z porcelany.
-         Bardzo fajny, a co masz w lodówce?
-         Kabanosy – powiedziałem i poszedłem umyć naczynia. Gdy wróciłem, dziadek już zaczął jeść:
-         Mniam, dobry ka...aaaajj!!! Ał! Usiadłem na słoniu z porcelany!!

Zemsta Kleofasa
Parę godzin później...
-         Hej, Kleofas, zrób mi kawę, szybko!
-         Już, za chwilę podam!
-         Mniam, dobra ka...aj...aj... – powiedział dziadek i zemdlał
Iju! Iju! Gdy przyjechała karetka i zabrała dziadka do szpitala, pomyślałem – „Mam nadzieję, że za bardzo go nie strułem”
-         O, dziadek zapomniał laski. Powiedział, że nie wyda oszczędności na głupie rzeczy. Ja też nie wydam na głupie rzeczy. Wydam na cukierki!

Ząb mnie boli!!

Po tych cukierkach rozbolał mnie ząb. Ał! Ale boli! Wiem! Kupię czekoladki – na pewno po czekoladkach przejdzie ból zęba. Na pewno.
Aj! Czekoladki nic nie pomogły. Wiem! Wyrwę sobie ząb. Na pewno wtedy przejdzie.
Po wyrwaniu zęba:
-         Oj, jak dobrze, ząb mnie nie... Aj!! Jak boli – musiałem wyrwać nie ten ząb. Trzeba znów iść do dentysty. Po usunięciu drugiego zęba:
-         No, ząb mnie już nie bo... Au!!!!

Zakupy
Chyba muszę zrobić zakupy. Ale gdy ostatni raz byłem w sklepie, zamiast ziemniaków kupiłem cukierki. Chyba tym razem się nie pomylę?
W sklepie przywitał mnie pan Edzio i bardzo chętnie pomagał przy wyborze artykułów. Ale w domu:
-         O kurczaczek, chyba znowu się pomyliłem i zamiast masła kupiłem batony! Moja wina, że nie umiem czytać? Najważniejsze, że w ogóle nie pomyliłem ziemniaków z cukierkami!

Słonioliza
Dzisiaj kupiłem obraz Mona Lisa. Tylko, kiedy wychodziłem ze sklepu, zahaczyłem twarzą Mony Lisy o klamkę. No i dziura się zrobiła. I co mam zrobić!? Już wiem!! Wezmę moje zdjęcie i wkleję je w obraz. No cóż, znalazłem tylko zdjęcie robione kiedy miałem 3 latka. Ale je wkleiłem i tak już zostało. Całkiem ładnie wyszło.

Świąteczne zakupy
Wczoraj pomyślałem sobie, że muszę pójść na świąteczne zakupy. Wcześnie rano wstałem i pojechałem do supermarketu. Okazało się, że nie tylko ja pomyślałem o wcześniejszej pobudce i zrobieniu zakupów. Najpierw był gigantyczny korek na ulicy, ale wpadł mi do głowy niezły pomysł.
-         Hej! Na rynku jest wyprzedaż bokserek za 3 grosze sztuka! – krzyknąłem i od razu wszyscy pędem wybiegli z samochodów i poszli na Rynek.
Tylko, że samochody nie odjechały. Więc poszedłem pieszo do supermarketu. Gdy wszedłem do sklepu, było pełno ludzi. Stałem w kolejce trzy godziny i kupiłem dla dziadka Eliasza zgrzewkę piwa i metalowego słonia, żeby go nie rozbił tak jak poprzedniego. Po zakupach poszedłem sobie spacerkiem do domu. Po samochód wrócę jutro!


piątek, 23 grudnia 2016

Opowieść pod choinkę


Rys. Halina Staniewska
        Wśród sporej grupy mieszkańców miasteczka, która zebrała się na Rynku, panował radosny gwar. Wszyscy czekali na moment kiedy tysiące lampek, rozwieszonych na wysokiej choince, zabłyśnie oznajmiając wszystkim, że właśnie zaczyna się radosny okres przedświąteczny. Mateusz, po raz pierwszy od wielu lat, poczuł się członkiem tego społeczeństwa i jego również ogarnął ten specjalny nastrój. Jeszcze niedawno było mu to zupełnie obojętne i nie odróżniał dnia świątecznego od powszedniego. Wszystko zmieniło się w wigilijny wieczór prawie rok temu.

            Tego dnia kręcił się po mieście bez celu. Wcale nie spieszyło mu się do jego prowizorycznego domu, który stał wśród, pustych o tej porze roku, ogródków działkowych. Właściwie to całe jego życie było prowizorką. Nie zawsze tak było. Kiedyś miał dom, rodzinę, pracował i wszystko miało jakiś sens. Tylko pracował za dużo. Przez tą pracę był wiecznie zmęczony i to był powód katastrofy. Tak bardzo chciał zawieźć rodzinę na wymarzone wakacje, że nieważna stała się senność. Wsiadł do samochodu i wjechał centralnie pod TIR. Największe nieszczęście polegało na tym, że tylko jemu udało się przeżyć. Chyba tylko po to, żeby mógł odpokutować swoje winy jeszcze za życia. Po stracie najbliższych, z obojętnością wzmocnioną alkoholem przyjął stratę pracy i domu – to już nie miało znaczenia. Została mu tylko ta altanka bez wody i prądu. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
           W plecaku miał wszystko czego potrzebował na wieczór. Za pieniądze zarobione odśnieżaniem kupił jedzenie i butelkę wódki, żeby utopić swoją samotność i poczucie winy, które wciąż, gdzieś na dnie duszy, bolało. Kiedy przechodził obok rozjaśnionej choinki stojącej na Rynku, zegar ratuszowy wybijał właśnie melodię kolędy. Oczy mu się zaszkliły od łez. Ale postanowił sobie, że się nie rozklei. Nie wytrzymał jednak kiedy, przez odsłonięte okno, zajrzał do jednego z mieszkań na parterze kamienicy. Widząc dzieci i rodziców przy wigilijnym stole, rozpłakał się jak mały chłopiec.
            Nie spieszył się do swojej samotnej Wigilii. Postanowił pójść dłuższą drogą – brzegiem jeziora. O tej porze było tutaj cicho i spokojnie. Śnieg magicznie skrzył się od światła księżyca. Gdyby nie skrzypiał pod butami wędrowca, cisza byłaby nieznośna. Księżyc w połączeniu z bielą śniegu sprawiały, że nie było całkiem ciemno.  Nagle Mateusz zauważył jakąś postać poruszającą się na ścieżce. Pomyślał, że to jeden z dzików, które ostatnio często podchodzą do pobliskich osiedli w poszukiwaniu jedzenia. Nie było jednak innej drogi więc postanowił iść dalej. Po chwili usłyszał jęki i w słabym księżycowym świetle zobaczył, że to wcale nie dzikie zwierzę. Na ośnieżonej ścieżce leżała kobieta i bezradnie próbowała się podnieść. Chwycił ją za lodowato zimną rękę i spróbował podnieść. Jęknęła z bólu.
- Już chyba nie wstanę. Chciałam tylko popatrzeć na jezioro. Tak ładnie teraz wygląda. Ale się przewróciłam na oblodzonej ścieżce i myślałam, że już tutaj zostanę. W Wigilię mało ludzi spaceruje… Strasznie boli mnie noga w kostce.
- Dużo do zamarznięcia pani nie brakowało…
            Jedyne czego mu los nie poskąpił to siła fizyczna. Dlatego bez problemu podniósł drobną kobietę i ruszył ośnieżoną ścieżką – na szczęście do dyżurującej  w tę magiczną noc przychodni nie było daleko. Lekarz i pielęgniarka pili kawę i pojadali makowiec siedząc przy plastikowej choince i spoglądając w ekran telewizora. Dopiero w świetle jarzeniówek Mateusz zobaczył, że kobieta którą przyniósł mogłaby być jego matką, a może nawet babcią. Chciał już sobie pójść, ale w sumie się nie spieszył. Nie było go w jego altanie cały dzień i na pewno teraz jest okropnie zimno. A tutaj ciepło i jasno. Poza tym - zmęczyła go ta droga ze staruszką na rękach i teraz tak dobrze mu się siedziało na tym krześle w poczekalni, że ciężko było mu się podnieść.
Noga okazała się tylko skręcona i po kwadransie można było iść do domu. Ale jak tu iść? Nie było wyjścia - chwycił kobietę pod ramię i powoli ruszyli w stronę osiedla. Mijali kolejne bloki ze świątecznie oświetlonymi balkonami i jasnymi oknami. Na szczęście staruszka nie mieszkała daleko. Mateusz zamierzał doprowadzić ją do drzwi i się pożegnać. Jednak, kiedy zaprosiła go do środka, nie odmówił. Mieszkanie było ciche i puste. Jedynym świątecznym akcentem był biały obrus na stole i talerzyk z opłatkiem. Całości dopełniały świerkowe gałązki w wazonie. Mateusz się zdziwił.
- Myślałem, że rodzina na panią czeka…
- Nie mam nikogo… Całe życie wychowywałam cudze dzieci w szkole, a własnej rodziny nigdy nie założyłam. Ty chyba też jesteś sam? Inaczej nie włóczyłbyś się w Wigilię bez celu… Ale może tak właśnie miało być? Przecież ja bym zamarzła na tej ścieżce.
Mężczyzna milczał. Trudno zresztą było przerwać gadatliwej staruszce. A może właśnie tego ludzkiego gadania potrzebował?
- Wiesz, myślę, że nie bez powodu na tym stole leży opłatek. Miałam przeczucie, że dzisiaj się nim z kimś podzielę. Ale kolację to będziesz musiał sam przygotować bo ja z tą nogą to nie bardzo.
Mateusz siedział nieco oszołomiony. Wyglądało na to, że starsza pani porządkowała jego życie, a on czuł się z tym całkiem dobrze.
- I jeszcze jedno. Mam na imię Aniela. Ale możesz do mnie mówić „babciu”. I zdejmij wreszcie tą kurtkę…
            Teraz, niemal rok później, Mateusz patrząc na rozświetloną na Ryku choinkę, nie ociągał się już z pójściem do domu. Wiedział, że czeka na niego babcia Aniela – śmieszna gadatliwa staruszka bez której jego życie już nie miałoby sensu. 
       
 Rys. Halina Staniewska
Tekst ukazał się w Tygodniku Swarzędzkim 22 grudnia 2016

czwartek, 29 września 2016

Wakacyjne podsumowanie


Wakacje ostatecznie dobiegły końca zatem mogę się pokusić o małe podsumowanie tegorocznego sezonu urlopowego. Porównując go do poprzednich można zauważyć różnicę. Brak poczucia bezpieczeństwa w wielu krajach Europy  i Afryki spowodował, że ludzie niechętnie oddalają się od domu. Nie jest to reguła, ale media zgodnie donosiły, że część naszych rodaków zrezygnowała z zagranicznych wyjazdów na rzecz naszego pięknego kraju co spowodowało, że wybrzeże Bałtyku i polskie góry przeżyły w tym roku najlepszy sezon turystyczny od wielu lat, a w kolejkach do wielu atrakcji trzeba było stać godzinami. Okazało się jednak, że turysta za to swojskie poczucie bezpieczeństwa musi słono zapłacić. Popyt na noclegi, posiłki czy pamiątki spowodował, że usługodawcy wyśrubowali ceny do poziomu godnego południa Europy. A niekiedy nawet sporo więcej. Nie wiem czy nad Morzem Śródziemnym są toalety za które trzeba zapłacić 5 złotych od osoby?  Zastanawiam się czy to nasza cecha narodowa czy też ogólnoludzka powoduje, że człowiek nigdy nie ma dość zysku. Nie wystarczy, że jest komplet gości, popyt na posiłki nie maleje, a pamiątki „schodzą” jak nigdy. Trzeba jeszcze windować ceny bo turysta zapłaci i jeszcze podziękuje. Ta sytuacja powoduje, że coraz więcej osób dochodzi do wniosku, iż wypoczynek za granicą jest cenowo porównywalny , a niekiedy nawet tańszy niż w Polsce. Owszem, jest kilka krajów, które ludzie raczej starają się omijać, jednak wiele miejsc nadal chętnie odwiedzamy. Poza tym, że oferują usługi turystyczne na wysokim poziomie, posiadają jedną zasadniczą cechę, której w Polsce na próżno szukać – wspaniałą  pogodę przyciągającą miłośników słonecznych kąpieli.
Podsumowując – powinniśmy się cieszyć, że Polacy coraz więcej swoich pieniędzy zostawiają w Polsce przy okazji poznając jej uroki. Jednocześnie nie możemy mieć za złe, że ludzie w poszukiwaniu ciepła i luksusu zapędzają się w coraz dalsze zakątki świata. Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że mamy wybór i powoli zapominamy o czasach kiedy kierunek wakacyjnych wojaży wyznaczał Fundusz Wczasów Pracowniczych, a wyjazd do Bułgarii był szczytem marzeń Polaka.

Zatem sięgajmy naszymi marzeniami coraz wyżej i ciężko pracując lub ucząc się jesienią, zimą i wiosną planujmy sobie wymarzone przyszłoroczne wakacje, które w moim przekonaniu mogą być równie fascynujące  niezależnie od tego czy chcemy je spędzić  w Polsce czy poza nią. 

niedziela, 12 czerwca 2016

Najważniejszy jest pomysł!


    Przekonałam się niedawno, że jeżeli bardzo chcemy zrealizować jakiś, nawet z pozoru niewykonalny, pomysł to trzeba się po prostu uprzeć i już! 
    Myśl zakiełkowała w mojej głowie jakieś dwa lata temu kiedy,  podczas  rodzinnej uroczystośći, "wyszło" w rozmowie, że ludzie mają pochowane po szafach, strychach i piwnicach ślubne portrety rodziców, dziadków, a nawet swoje. Wyobraziłam sobie jak by fajnie wyglądała ściana pełna tych fotograficznych dzieł.  Czyli pomysł już był. Trzeba było przystąpić do realizacji. Początkowo łatwo nie było i trochę potrwało zanim znalazła się osoba, w postaci pani Kierownik biblioteki, która w pomyśle tym ujrzała potencjał. Czyli miejsce już się znalazło. Kolejny etap to znalezienie eksponatów. I tutaj znów "pod górkę". Nie jest łatwo przekonać ludzi do upublicznienia rodzinnych pamiątek. Jednak z czasem i to się udało. Ostatecznie materiałów zebraliśmy więcej niż mieliśmy miejsca. A najważniejsze, że udało się zmobilizować ludzi do wspólnego działania!
    Nadszedł wielki (przynajmniej dla mnie) dzień - wernisaż wystawy. Nerwy i pytanie: "czy będzie frekwencja"? 
Jak się jednak okazało nerwy były zupełnie niepotrzebne. Otwarcie, głównie za sprawą prezentacji przygotowanej przez wspomnianą już panią Kierownik, okazało się bardzo udane, wzruszające i pełne emocji. 
Więcej opowiadać nie będę. Wszystko widać na zdjęciach. Pozdrawiam!








środa, 27 kwietnia 2016

Bodo, czyli Polak ze szwajcarskim paszportem

Zdjęcie zapożyczone ze strony: www.superseriale.se.pl
            
Kiedy usłyszałam o planach dotyczących serialu „Bodo” ukłuło mnie takie maleńkie poczucie żalu. Dlaczego nie Żabczyński!? W końcu jego życiorys  jest gotowym scenariuszem filmowym! Ale w końcu Eugeniusz Bodo jest na drugim miejscu w moim rankingu przedwojennych gwiazd więc  żale odłożyłam  na bok i na premierę serialu czekałam z niecierpliwością. Miałam nadzieję, że chociaż trochę poczuję tę atmosferę, której nazwę nawet trudno określić. Chciałam, za pośrednictwem małego ekranu, znaleźć się w klimacie teatralno-kabaretowo-wodewilowym z domieszką kina, przeplatanym specyficznym dźwiękiem gramofonowej płyty. I nie myliłam się. Wprawdzie producenci trochę mnie zawiedli kręcąc „epizod poznański” bez udziału Poznania, ale cóż -  plenery nie są najważniejsze. Ważniejsze jest to co dzieje się, w kolejnych odcinkach serialu,  na deskach kabaretowych scen. A dzieje się!
Jeżeli chodzi o odtwórców głównej roli, to muszę przyznać, że dotąd nie doceniałam aktorskich umiejętności Antoniego Królikowskiego, a w Tomaszu Schuchardt nie zauważyłam wcześniej  fizycznego podobieństwa do Eugeniusza Bodo. Młody „Królik” wspaniale zagrał młodego upartego i dążącego do swojego celu przyszłego aktora. Podczas sceny warszawskiego debiutu, przeplatanej scenami śmierci ojca, nawet się nieco wzruszyłam. Mariuszowi Bonaszewskiemu, w roli Teodora Junod, bezbłędnie udało się zagrać faceta, któremu wiele można wybaczyć i darzyć sympatią mimo wszystko. Natomiast Maciej Damięcki rozśmieszył mnie  zupełnie jak Antoni Fertner, którego aktor zagrał. Reasumując, obejrzane dotąd odcinki serialu „Bodo”, mimo kilku wpadek, takich jak: ubrani w letnią odzież ludzie w listopadzie 1918 roku oraz pływające w wiadrze wigilijne karpie (karp został symbolem wigilijnym dopiero po drugiej wojnie światowej), to świetnie nakręcony serial oddający klimat dawnej kabaretowej bohemy. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że znów zaczęło się mówić o zapomnianym przedwojennym kinie i kabarecie!

wtorek, 22 grudnia 2015

Świąteczna historia

Adwent szybciutko zbliża się ku szczęśliwemu końcowi. Podejrzewam, że Panie spędzają sporo czasu w swoich kuchniach. Jednak mam nadzieję, że żadna z nas nie będzie żałowała tych godzin, a kiedy już zrobimy te wszystkie makowce, pierniki, karpie i grzybki będziemy mogły usiąść przy rodzinnym stole i cieszyć się rodzinną świąteczną atmosferą. A jak znajdziecie wolną chwilkę to zapraszam do poczytania kolejnej gwiazdkowej historii.


         Józio spoglądał na świat przez małe, pomalowane przez mróz, okienko. Wokół było spokojnie. Zupełnie jakby biały śnieg przykrył całe zło, które panowało wokół. W jego siedmioletniej głowie kłębiły się myśli. Minęły niespełna dwa tygodnie jak bezpieczny dziecięcy świat chłopca zawalił się.  Józio z dziadkiem lepili właśnie długi papierowy łańcuch na choinkę, mama usypiała jego malutką siostrę, a babcia szykowała kolację kiedy do drzwi załomotali policjanci. To był najstraszniejszy moment w dotychczasowym krótkim życiu chłopca. Gorszy nawet od pożegnania z tatą odjeżdżającym do swojej jednostki. Wtedy, mimo niepokoju, był dumny ze swojego ojca. Wierzył, że razem z innymi polskimi żołnierzami, nie pozwoli przyjść Niemcom. Nie udało się. Niemcy przyszli, a po tacie słuch zaginął. Jednak wszyscy wierzyli, że wróci do domu.
Ósmego grudnia cały poukładany świat Józia i jego rodziny legł w gruzach. Musieli spakować się w 15 minut i opuścić swój ukochany dom. Co można zabrać w kwadrans? Szczególnie kiedy nie wiadomo jak długo potrwa podróż i jaki jest jej cel. Mama musiała nieść małą Zosię zawiniętą w pierzynę, a Józio z dziadkami dźwigali tobołki. W sali Schleicherta przy Rynku okazało się, że w ten sam sposób potraktowano ponad sto swarzędzkich rodzin. Dowiedzieli się, że mają jechać na wschód do Generalnej Guberni, a w ich domach będą mieszkać niemieckie rodziny. Dzieci i kobiety płakały, mężczyźni próbowali stawiać opór, ale nic nie wzruszało oprawców. Załadowali ludzi na ciężarówki i zawieźli do Pobiedzisk gdzie podstawiono towarowe wagony i ruszono w dalszą drogę. Józio, przytulony do mamy, nie mógł opanować drżenia. Był zmęczony, przemarznięty i wystraszony. Bardzo chciał dotrzymać słowa danego tacie i opiekować się mamą. Starał się jak mógł. Jednak inaczej jest we własnym bezpiecznym domu, a inaczej w tym strasznym wagonie, który nie wiadomo dokąd zmierza.
Kiedy otwarto drzwi wagonu nieszczęsnych pasażerów oślepiła wszechobecna biel śniegu. Dopiero po chwili dojrzeli na horyzoncie zarys domów i cienkie smugi dymu wydobywające się z kominów. Musieli jeszcze przebrnąć zasypaną śniegiem dwukilometrową drogę, żeby dotrzeć do miejsca przeznaczenia. Idąc przez wieś czuli na sobie wzrok jej mieszkańców. W każdym niemal oknie widzieli zaciekawione twarze.
            Izba, w której mieli zamieszkać była tak samo zimna jak wagon, z którego niedawno wysiedli. Gospodarze nawet nie chcieli otworzyć drzwi do „swojej” części domu. Zresztą nikt się za bardzo nie dziwił. Kto byłby zadowolony z takich nieproszonych gości? Próba zdobycia drewna przez dziadka spełzła na niczym. Został przegoniony i nazwany złodziejem. Jego chore serce ciężko to zniosło. Tym bardziej, że lekarstwa właśnie się skończyły.
Józek znalazł sposób, żeby pomóc mamie i babci. Razem z kilkoma swarzędzkimi kolegami, mieszkającymi teraz w sąsiednich domach, zaczęli chodzić do lasu po chrust. Z mrozem sobie jakoś poradzili, gorsza sprawa była z głodem. Kiedy skończyły się zapasy zabrane z domu, ludzie zaczęli wymieniać wszystko co miało jakąś wartość, na jedzenie. Jakoś trzeba było sobie radzić.
Zatopiony w myślach Józek nawet nie zauważył, że za oknem zapadł zmierzch. Wspominał rodzinny dom. Dokładnie rok temu siedzieli wszyscy przy wigilijnym stole: babcia, dziadek, mama, tata, maleńka Zosia i on. Później przyszli wujkowie i ciocie z kuzynami. Siedzieli do północy przy choince i było im bardzo wesoło i ciepło. Dzisiaj cieszą się ze zwykłego bochenka chleba, który mamie udało się zdobyć. Każdy ich dzień jest walką o przetrwanie. Przy życiu ludzi trzyma tylko myśl o wiośnie. Dziadek mówił Józiowi, że wiosną na pewno alianci zaatakują Niemców i pogonią ich z Polski. Wtedy na pewno wróci tata! Łzy popłynęły po policzkach chłopca. Łzy bezsilności, strachu, głodu…
Nagle otwarły się drzwi i stanął w nich gospodarz. Ogarnął wzrokiem wymizerowanych ludzi mówiąc:
„Tak myślę... jak mamy tu razem żyć, to nie ma co się boczyć i obchodzić z daleka. To nie wasza wina, że was tu przyniosło. Jest Wigilia – zapraszam do nas. Podzielimy się tym co jest i raźniej będzie.”
Tej nocy, wraz z dymem kominów, do nieba popłynęły słowa kolędy śpiewane wspólnie przez miejscowych i przybyszów:
„Bóg się rodzi, moc truchleje,
Pan niebiosów obnażony!”


Rysunki wykonała Halina Staniewska.
Tekst ukazał się w świątecznym wydaniu "Tygodnika Swarzędzkiego" 17 grudnia 2015 r.

czwartek, 1 października 2015

a czas jak rzeka jak rzeka płynie...


Zastanawiałam się ostatnio kiedy człowiek zaczyna się starzeć. Wiem - głupie pytanie bo starzejemy się w sumie od urodzenia. Jednak nie chodzi mi o ciało, a o ducha. Zdaje się, że mnie dopadło właśnie to duchowe starzenie się. Coraz częściej żal mi chwil, które upływają. Niedawno rozczulił mnie widok książki niegdyś podartej przez któreś z moich dzieci. Przypomniałam sobie te małe łapki, które rozerwały na kawałki okładkę. Porównałam z wielkimi łapami, które z tych łapek wyrosły i po prostu się wzruszyłam. Takie refleksje dopadają mnie coraz częściej. Zwłaszcza teraz – jesienią. Przed nami kolejne Boże Narodzenie na które wszyscy czekamy, staramy się powoli stwarzać magiczną atmosferę na tych kilka dni, a nawet się nie obejrzymy kiedy te dni będą już tylko wspomnieniami i będziemy czekać na wiosnę. I tak w kółko...

Chyba się naprawdę starzeję, a czas zdecydowanie za szybko płynie!!!