niedziela, 1 kwietnia 2018

Karolina cz. 4

foto: pixabay.cm
                               

Starała się omijać większe miasta. Celowo nie wybrała autostrady. Skoro miała czas postanowiła zafundować sobie sentymentalną podróż i powspominać czasy dzieciństwa kiedy to zawsze wyruszali z rodzicami na wakacje skoro świt i jechali przez lasy, pola, wsie i miasteczka. Pakowali do malucha niezliczoną ilość rzeczy, mama szykowała kanapki i herbatę w termosie po czym wyruszali w drogę. Karolina zawsze w doskonałym humorze, czekając na wakacyjną przygodę. Jej brat – wręcz przeciwnie, zły na cały świat o to, że go obudzono w środku nocy, kładł się na tylnym siedzeniu i spał dalej. Jak oni się wtedy mieścili? Z przodu rodzice, z tyłu ona, brat i walizka. To dopiero zagadka. Albo maluch się rozciągał, albo oni byli jacyś mikroskopijni. Gdyby ktoś zapytał z czym kojarzą jej się wakacyjne wojaże z dzieciństwa, musiałaby odpowiedzieć, że ze skoczną melodyjką polki o śmiesznym tytule „Dziadek”. Punktualnie o dziewiątej rozbrzmiewała w całej Polsce sygnalizując początek „Lata z Radiem”. Kto wtedy nie słuchał tej audycji? Ojciec prowadził, z głośników sączyła się muzyka a za oknem zmieniał się krajobraz. Podobnie było dzisiaj. Podobnie jeżeli chodzi o widoki. Niestety, rodziców już nie ma a z bratem widuje się od święta. Cóż? Życie.
Za oknem, na zmianę, pojawiały się pola i lasy co jakiś czas urozmaicone wiejską zabudową lub małomiasteczkowymi uliczkami. Słońce nieznośnie świeciło prosto w oczy ale w ciemnych okularach dało się jakoś wytrzymać.
Nie wiadomo czy przez zmęczenie czy też na skutek niedawnego wypadku, zaczęła Karolinę boleć głowa. Stwierdziła, że nie ma co przeginać i czas najwyższy na odpoczynek. Na horyzoncie pojawiła się litościwa stacja benzynowa więc postanowiła wstąpić na kawę. Skręciła w stronę parkingu i nagle ją zamroczyło. Przed oczami pojawiła jej się czarna plama  a uszy zarejestrowały pisk hamulców. Odruchowo też nacisnęła hamulec i nagle odzyskała wzrok, który ukazał jej przed maską jakiś terenowy samochód natomiast w bocznym oknie ujrzała czerwoną ze złości twarz.
- Oszalałaś kobieto!? Ślepa jesteś, że takiego dużego samochodu nie widzisz??
- Przepraszam…
- Masz szczęście, że nic się nie stało. Uważaj bardziej jeżeli ci życie miłe…
Karolina nie zdążyła wymyślić sensownej odpowiedzi kiedy facet odwrócił się i poszedł do swojego samochodu. Jakoś myślenie jej ciężko szło. Kolejny powód, żeby zrobić sobie przerwę w podróży. Trzeba podładować swoje akumulatory porcją kofeiny. Zaparkowała uważając, żeby nie popełnić znów jakiegoś błędu i weszła do niewielkiego budyneczku.
Los jednak najwidoczniej się na nią uwziął. A może to automat z kawą postanowił jej utrudnić życie? Kiedy podeszła do niego pełna nadziei na kubek mocnej kawy, wydał z siebie dziwny bulgot po czym prysnął brunatnym płynem chlapiąc na podłogę nie omijając po drodze jej dżinsów i białych dotąd tenisówek.
- No nie! – usłyszała męski głos za plecami – Pani to robi specjalnie?? Normalnie kobieta – nieszczęście. Najpierw chce mnie zabić a teraz znęca się nad biednym automatem.
Facet nerwowo zaczął wduszać guzik a kiedy maszyna odmówiła współpracy próbował ją zachęcić pięścią.
- I ładnie. O kawie można sobie pomarzyć. Co Pani narobiła!
- A nie pomyślał pan, że to na mnie się dzisiaj wszystko uwzięło! Cholerny egoista! Miał być taki ładny dzień i co?!
Nagle zachciało jej się płakać więc czym prędzej wybiegła z budynku i ukryła się w bezpiecznym wnętrzu swojej fiesty. Tym razem mężczyzna nie zdążył wymyślić sensownej odpowiedzi…


niedziela, 11 marca 2018

Karolina cz. 3



Ostatnią żyjącą osobą z tej fotografii do niedawna była ciocia Janka, która na zdjęciu jest pyzatą uśmiechniętą dziewczynką z warkoczykami. Niestety, pół roku temu, zabrał ją rak. Wujek Alfred z ciocią Kazią odeszli dużo wcześniej a ich syn – śliczny blondynek z fotografii, zmarł tuż po wojnie na zapalenie płuc. Jaka szkoda, że tak rzadko rozmawiała z tatą o jego dzieciństwie. Nigdy też nie pojechali razem do miejsca, w którym spędził czas wojny. Ojciec próbował ją namówić na taką sentymentalną wyprawę jednak ona nigdy nie mogła znaleźć czasu. Dlaczego człowiek musi żyć w takim szaleńczym tempie? Przegapia ważne chwile a później żałuje, że nie zdążył czegoś zrobić. Wspomnienie ojca wywołało kilka łez, które spłynęły po policzkach Karoliny.
Nie lubiła się roztkliwiać toteż, kiedy wszystko już zostało posprzątane, zaczęła ją roznosić energia. Zawsze prowadziła aktywny tryb  życia i trudno było jej usiedzieć w miejscu. Jak tylko znalazła się chwila czasu na rozmyślania, od razu wymyślała sobie zajęcie. Dzięki temu jeszcze nie zwariowała. Najgorzej zacząć rozmyślać o problemach. Teraz też mogłaby rozpamiętywać wypadek i martwić się siniakami, które jej zostały po tym feralnym wydarzeniu. Ale to nie było podobne do Karoliny. Skoro już przytrafiły jej się te dwa tygodnie wolnego to postanowiła je wykorzystać i w końcu odwiedzić kuzynkę, z którą w dzieciństwie się przyjaźniła. Niestety Bogusia pewnego pięknego dnia wyszła za mąż za swojego Roberta i wyprowadziła się z nim aż pod Tarnów gdzie oblubieniec miał prowadzić praktykę weterynaryjną. Wielokrotnie zapraszali ją do siebie na wakacje ale jakoś trudno jej było znaleźć czas. Kiedy to ostatnio u nich była? Chyba wtedy kiedy trzymała do chrztu Basię, ich najmłodszą latorośl. Karolina właśnie uświadomiła sobie, że jej chrześnica ma prawie 6 lat i najwyższy czas ją odwiedzić bo dziecko nawet nie wie jak jego matka chrzestna wygląda. Długo nie myśląc wykonała stosowny telefon informując Bogusie o swoich planach. Kuzynka prowadziła dość monotonne życie w wiejskiej okolicy, toteż ucieszyła ją ta niespodziana wiadomość i niemal z marszu zabrała się za pieczenie ciast i przygotowanie wykwintnych potraw godnych „miastowego” gościa.
            Tymczasem „gość” o świcie wbił do GPSa odpowiedni adres, zatankował do pełna swoją Fiestę i opuścił Poznań w doskonałym humorze.


sobota, 24 lutego 2018

Karolina cz.2

Cały następny dzień minął Karolinie na porządkowaniu dokumentów. Pomyślała sobie, że gdyby faktycznie zginęła w tym wypadku, to nikt by się w tych papierach nie połapał i zrobiłaby rodzinie kłopot, a z natury nie lubiła sprawiać kłopotów…
Przejrzała stare listy, jeszcze z czasów kiedy ich nie zastąpiły maile i zaczęła wspominać ciotki i wujków, których już nie ma na tym świecie. Jaki wesoły był wujek Feliks, mimo, że w czasie wojny przeżył ciężkie lata w obozie koncentracyjnym. Może właśnie dlatego uśmiech nie znikał z jego twarzy? Może to co przeżył pozwoliło mu docenić wartość życia? A ciocia Kazia? Wywieźli ja z rodziną w nieznane, zabrali dom i dorobek całego życia. Nie załamała się nawet wtedy, kiedy po powrocie do domu zobaczyła ruinę. Zabrali z mężem dzieci i pojechali na Ziemie Odzyskane szukać nowego życia. Jej brat, dziadek Karoliny, przypłacił wysiedlenie swoim życiem. Z rodzinnych opowieści wiedziała, że jego serce nie wytrzymało. Już przed wojną chorował, a kiedy odebrano mu jego dom i ukochany warsztat, przeżył ogromny cios. Wcześniej, kilka miesięcy przed wojną, stracił ukochaną żonę i został sam z małym synkiem, tatą Karoliny. Zbyt dużo nieszczęść spadło na jednego człowieka, serce pękło i w ten sposób jego mały synek został sierotą. Wychowała go  ciocia Kazia, dla której był jak własne dziecko.
Myśli Karoliny pobiegły ku wspomnieniom z dzieciństwa kiedy to w rodzinnym gronie obchodzono święta i imieniny. Zawsze były śpiewy i wesołe opowieści. Na stole były proste dania ale ludzie byli szczęśliwi bo byli razem. Każdy, od najmniejszego brzdąca, po szacownego staruszka, czuł się częścią wspólnoty, którą była rodzina i czuł się w niej bezpiecznie. Dzisiaj ludzie prześcigają się w wymyślaniu dań, które mają zachwycić gości ale nie potrafią się cieszyć ze wspólnie spędzonego czasu. Tak po prawdzie to Karolina nie miała za dużo okazji do rodzinnych spotkań. Ciotki i wujowie już nie żyją, rodzeństwa nigdy się nie doczekała, a syn wyjechał z Polski. Pozostali jeszcze kuzynowie, którzy rozjechali się po Polsce ale oni mają tyle samo czasu na odwiedziny, co ona. Cóż robić? Pozostaje żyć jak dotąd – rozmawiać z Michałkiem przez skype i spotykać się z koleżankami – wariatkami. Z nimi przynajmniej, od czasu do czasu, można się pośmiać i powygłupiać.
            Jedna z kopert, zaadresowana pismem cioci Kazi, wydała się Karolinie bardziej sztywna niż pozostałe. Wyjęła z niej pożółkłą fotografię. Przypomniała sobie, że ciocia, tuż przed swoją śmiercią, przysłała jej list z wojennymi wspomnieniami i tą właśnie fotografią. Wtedy obejrzała ją tylko pobieżnie. Teraz się przyjrzała. Na zdjęciu, przy świątecznej choince, zobaczyła ciocię Kazię, wujka Alfreda, ich dzieci – Jankę i Zenka. Obok wujka siedział dziadek z trzyletnim brzdącem na kolanach, w którym rozpoznała rysy swojego taty. Ciekawe kim jest ta uśmiechnięta kobieta obok dziadka? Nie ma już kogo zapytać. Na odwrocie przeczytała napis: „Turządze, 1941 rok, trzecia Wigilia na wygnaniu”.

c.d.n


niedziela, 18 lutego 2018

Karolina cz. 1


            Kiedy, z ogromnym wysiłkiem, otwarła oczy okazało się, że wszystko wokół wiruje i dopiero po dłuższej chwili obraz się ustabilizował. Teraz mogła się rozejrzeć by, po kilku sekundach, zorientować się gdzie jest. Bez wątpienia leżała na szpitalnym łóżku. Niejako na potwierdzenie tego stanu, w pokoju pojawiła się pani w białym fartuchu i ze stetoskopem w ręce.
- Dzień dobry pani Karolino, jak się czujemy?
- My? – Karolina rozejrzała się – jestem sama…
- Widzę, że humor pani dopisuje. To dobrze. Wygląda na to, że miała pani dużo szczęścia. Wykonamy jeszcze kilka badań i myślę, że puścimy panią do domu. Proszę odpoczywać.
Odpoczywać? Dlaczego nie? Tylko co się stało? Wysiliła swoją pamięć i coś zaczęło jej świtać. Pamiętała, że jechała autobusem do pracy, spokojnie słuchała muzyki i nagle zauważyła niebezpiecznie zbliżający się tramwaj. Autobus się na chwilę zatrzymał a tramwaj był coraz bliżej. Podobno w takich chwilach człowiekowi przed oczami przelatuje całe życie. Jej nie przeleciało, ale doskonale pamięta, że przyszła jej do głowy myśl o tym, że to chyba koniec. Najwidoczniej zrobiła już na tym świecie to co miała zrobić: wychowała syna, pochowała rodziców i swojego ukochanego mężczyznę. Właściwie po co ma jeszcze żyć? W tym momencie poczuła mocne uderzenie, jakaś siłą odrzuciła ją w bok, uderzyła w coś głową  i nastąpiła ciemność. Teraz, dla odmiany, otaczały ja białe ściany, białe krzesła i  biała pościel. A na łóżku obok leżała blada postać z głową owiniętą białym bandażem. Łupiący ból pod czaszką potwierdził jej wspomnienia sprzed ciemności.
Karolina ucieszyła się – widocznie jednak nie wszystko jeszcze zrobione i ma jeszcze na tym świecie jakieś zadanie. Ciekawe jakie?
            Do syna postanowiła nie dzwonić. Kiedy okazało się, że nic jej nie grozi nie było sensu denerwować Michała. Najpierw w szpitalu odwiedzili ją dwaj policjanci, żeby spisać protokół. Od nich dowiedziała się, że  miała wiele szczęścia – mundurowy powiedział, że gdyby jej nie odrzuciło w bok to byłoby nieciekawie. Ale na szczęście  skończyło się ogromnym guzem na głowie i zbitym biodrem. Do wesela się zagoi, jak mawiała babcia.

Zaraz po policjantach przybiegły do szpitala jej dwie koleżanki – wariatki. Narobiły mnóstwo hałasu i Karolina zaczęła podejrzewać, że dzięki temu została bardzo szybko wypisana z zaleceniem odwiedzenia  lekarza rodzinnego. Dziewczyny ją zawiozły do domu, nakarmiły i zaleciły odpoczynek. Co się tak wszyscy uparli z tym odpoczywaniem? Lekarz rodzinny też się uparł. Kazał odpoczywać przynajmniej dwa tygodnie. W sumie to fajnie. Posiedzi w domu i zrobi porządki na które nigdy nie ma czasu. Albo przeciwnie – wyjedzie gdzieś i zapomni o porządkach. Ten drugi pomysł jest bardziej kuszący. Do porządków jakoś nie miała zamiłowania. Natomiast, od kilku lat już wybierała się do kuzynki, która mieszka w Krakowie i może wreszcie teraz skorzysta z jej zaproszenia?
c.d.n.

niedziela, 24 grudnia 2017

Świąteczne opowiadanie


Rys. Halina Staniewska
Zaczynało się ściemniać. Gdzieś za swarzędzkim jeziorem czerwieniły się ostatnie promienie zachodzącego słońca. Na cmentarzu było pusto i spokojnie jednak bardziej uroczyście niż zwykle. Helena w ciągu ostatnich miesięcy poznała to miejsce doskonale. Była tutaj codziennie walcząc ze swoim bólem i pustką jaka zagościła w jej sercu nagle i zupełnie niespodziewanie pół roku temu. Widziała jak groby zmieniają swoje oblicze w zależności od pór roku i obchodzonych aktualnie świąt. Każdy pragnie stworzyć choć namiastkę świątecznej atmosfery w miejscu, w którym przynajmniej symbolicznie, spotyka się ze swoimi bliskimi zmarłymi.  Tego dnia było szczególnie. Panowała uroczysta cisza, groby były udekorowane świerkowymi gałązkami, których zapach rozchodził się po całym cmentarzu, a zapalone znicze mrugały swoimi, targanymi przez powiewy wiatru, płomykami. Górujący nad cmentarzem kościół w ciszy oczekiwał mieszkańców miasta, którzy już za kilka godzin mieli tłumnie zebrać się na uroczystej Pasterce. Helena, zatopiona w swoich myślach, nie zauważyła nawet, że wokół zrobiło się pusto. Ludzie pożegnali się ze zmarłymi i pospieszyli do domów przygotowywać się do tej najbardziej uroczystej wieczerzy w roku. Ona nie miała siły wstać i pójść do domu. Najchętniej zostałaby już przy tym zasypanym śniegiem grobie i poczekała aż Pan Bóg ją zabierze tam gdzie będzie mogła spotkać się ze swoim synem.  Tak strasznie za nim tęskniła. Właśnie mijało pół roku od kiedy go nie ma, a nie było ani jednego dnia, żeby nie płakała. Codziennie czytała ostatniego smsa, w którym Antek pisał, że mają piękną pogodę i idą na plażę. Helena chciałaby aby czas się wówczas zatrzymał i żeby jej dziecko nie utonęło w zimnym Bałtyku. Ale to się stało i nic już tego nie zmieni.
Z odrętwienia wyrwało ją ciche skomlenie. Rozejrzała się i pod cmentarnym murem zobaczyła trzęsącą się z zimna kupkę nieszczęścia – brudnego łaciatego kundelka patrzącego smutnymi oczkami. Ten widok zmobilizował ją do działania. Podniosła się i szybko podeszła do pieska. Widocznie zbyt szybko bo szczeniak się najwyraźniej wystraszył i czmychnął czym prędzej w stronę furtki. Helena bezwiednie poszła w tą samą stronę. Rozejrzała się ale po piesku nie było już śladu więc powoli ruszyła w stronę domu. Na ulicach był niewielki ruch. Gdzieniegdzie widać było ludzi dźwigających paczki z prezentami i spieszących na Wigilię. Rodziny spotykały się, żeby razem spędzić ten najpiękniejszy wieczór w roku. Brr! Śnieg sypał prosto w oczy tak, że prawie nic nie było widać. Idąc chodnikiem Helena odruchowo zaglądała przez rozświetlone okna do ciepłych mieszkań. Na choinkach świeciły się lampki a na stołach, pomiędzy półmiskami z rybą i kapustą, stały zapalone świeczki. Domownicy i ich goście krzątali się przy stołach - dzieci biegały, dorośli rozmawiali  - ludzie zaczynali świętować Boże Narodzenie. Tak samo było u niej w domu jeszcze rok temu…
W chwili kiedy dotarła do Rynku, zegar na ratuszowej wieży zaczął wygrywać melodię kolędy. Jego wskazówki pokazywały siedemnastą. Helena wiedziała, że znów zawiodła męża i córkę. Na pewno czekają na nią z kolacją wigilijną. Tymczasem ona nie ma ochoty wracać do domu. Miała wyrzuty sumienia, że przez jej zachowanie Kasia musiała szybciej dojrzeć. Po śmierci brata, to ona przejęła większość obowiązków domowych. Starała się jak mogła a dzisiaj na pewno robiła wszystko, żeby ich kolacja przypominała Wigilię. Mąż na początku również codziennie odwiedzał cmentarz, ale z czasem robił to coraz rzadziej. Później przychodził po Helenę kiedy długo nie wracała do domu. Z czasem przestał przychodzić. Czuła, że oddalają się od siebie i ich rodzina zaczyna się chwiać. Wiedziała, że nie powinno tak się dziać ze względu na Kasię ale nie potrafiła się otrząsnąć ze swojego bólu.
Śnieg nadal sypał. Na tle światła latarni widać było wielkie spadające płatki. Z otwartego okna w jednej z kamienic dobiegał chóralny śpiew: „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi…”.
Koło wielkiej rozświetlonej choinki coś się nagle ruszyło. Przez gęsto padający śnieg Helena ledwo poznała kundelka z cmentarza, który pobiegł przed siebie jak tylko spróbowała się do niego zbliżyć. Zrezygnowana poszła dalej. Mijała kolejne rozświetlone okna i tysiące mrugających światełek w ogrodach przed domami. W końcu dotarła do swojego domu. Już zza płotu mogła zobaczyć co się dzieje w środku. Najwyraźniej znów zapomnieli o zasunięciu rolet. Spojrzała w okno i serce jej się ścisnęło. Zobaczyła smutnego męża przytulającego szlochającą córkę.  Tylko w ich domu lampki na choince się nie świeciły. Pomyślała, że Kasia nie zasłużyła sobie na ten smutek. Nie dość, że straciła brata to jeszcze ona, matka, przestała być dla niej oparciem. W tym momencie Helena pomyślała, że tylko ona może uratować swoją rodzinę. I zrobi to! Zawsze będzie pamiętała Antka, ale musi żyć dla tych dwojga, których przecież kocha. Z mocnym postanowieniem podeszła energicznie do furtki. I wtedy zauważyła ta samą kupkę nieszczęścia, którą widziała na cmentarzu i Rynku. Szczeniak siedział w kąciku i trząsł się z zimna. Tym razem jednak nie uciekł. Wbiegł najpierw na podwórko a później do domu zupełnie jakby był u siebie. Helena i jej rodzina ze zdziwieniem patrzyli jak pies obiega i obwąchuje całe mieszkanie aby w końcu wskoczyć na fotel, w którym zwykle siadał Antek. Kobieta podeszła do choinki i włączyła lampki. Ciepłe światło sprawiło, że w pokoju zrobiło się miło i przytulnie. Podeszła do swoich bliskich by się do nich przytulić i zapłakać. Były to jednak łzy oczyszczające, dające nadzieję. Tego wieczoru ich rodzina znów poczuła się wspólnotą. Poza tym dołączył do niej ktoś wyrażający swoje emocje bieganiem, machaniem ogonem i radosnym popiskiwaniem.

   
Rys. Halina Staniewska
Tekst ukazał się 20 grudnia 2017 r. w Tygodniku Swarzędzkim

sobota, 25 marca 2017

Kleofas


Kto ma ochotę na radosną twórczość dziecięcą?! Przeglądając stare pliki natrafiłam na pierwszą (i chyba ostatnią) książeczkę syna. Powstała 13 lat temu i mam nadzieję, że mój pierworodny nie zabije mnie za tę publikację. Zaryzykuję! Zachowuję oryginalną pisownię.


Kleofas


Wstęp
Cześć!!
Mam na imię Kleofas Kiełek. Mieszkam w małym miasteczku Zwierzątkowo, przy ulicy Wybrzeże Słonika 2. Mam czerwony berecik, czerwone buty i żółty kaftanik. Mieszkam w bardzo dużym domu koło jeziora i mam czerwony samochód. Na Wybrzeżu Słonika są tylko dwa domy. To znaczy jeden dom i opuszczona buda.

Dzień Dziadka
Jutro przyjeżdża do mnie dziadek Eliasz. Oczywiście dziadek przyjeżdża do mnie tylko na Dzień Dziadka bo lubi kiedy dostaje prezenty. Ale mi nie daje żadnych upominków bo nie chce tracić pieniędzy.
Gdy dziadek przyjechał, od razu zauważył zmiany.
-         O, widzę, że odnowiłeś tę ruinę – powiedział dziadek i wyjął piwo z kieszeni – No, pijesz?
-         YYY... nie, nie dziadku. Usiądź na krześle, daj odłożę laskę.
-         Zostaw!! – krzyknął dziadek – Mam w lasce oszczędności – powiedział – nigdy nie wydaję oszczędności na niepotrzebne rzeczy... No, masz ten prezent dla mnie czy nie?
-         Mam.
-         A co to za dziwoląg?
-         To? To jest słoń z porcelany.
-         Bardzo fajny, a co masz w lodówce?
-         Kabanosy – powiedziałem i poszedłem umyć naczynia. Gdy wróciłem, dziadek już zaczął jeść:
-         Mniam, dobry ka...aaaajj!!! Ał! Usiadłem na słoniu z porcelany!!

Zemsta Kleofasa
Parę godzin później...
-         Hej, Kleofas, zrób mi kawę, szybko!
-         Już, za chwilę podam!
-         Mniam, dobra ka...aj...aj... – powiedział dziadek i zemdlał
Iju! Iju! Gdy przyjechała karetka i zabrała dziadka do szpitala, pomyślałem – „Mam nadzieję, że za bardzo go nie strułem”
-         O, dziadek zapomniał laski. Powiedział, że nie wyda oszczędności na głupie rzeczy. Ja też nie wydam na głupie rzeczy. Wydam na cukierki!

Ząb mnie boli!!

Po tych cukierkach rozbolał mnie ząb. Ał! Ale boli! Wiem! Kupię czekoladki – na pewno po czekoladkach przejdzie ból zęba. Na pewno.
Aj! Czekoladki nic nie pomogły. Wiem! Wyrwę sobie ząb. Na pewno wtedy przejdzie.
Po wyrwaniu zęba:
-         Oj, jak dobrze, ząb mnie nie... Aj!! Jak boli – musiałem wyrwać nie ten ząb. Trzeba znów iść do dentysty. Po usunięciu drugiego zęba:
-         No, ząb mnie już nie bo... Au!!!!

Zakupy
Chyba muszę zrobić zakupy. Ale gdy ostatni raz byłem w sklepie, zamiast ziemniaków kupiłem cukierki. Chyba tym razem się nie pomylę?
W sklepie przywitał mnie pan Edzio i bardzo chętnie pomagał przy wyborze artykułów. Ale w domu:
-         O kurczaczek, chyba znowu się pomyliłem i zamiast masła kupiłem batony! Moja wina, że nie umiem czytać? Najważniejsze, że w ogóle nie pomyliłem ziemniaków z cukierkami!

Słonioliza
Dzisiaj kupiłem obraz Mona Lisa. Tylko, kiedy wychodziłem ze sklepu, zahaczyłem twarzą Mony Lisy o klamkę. No i dziura się zrobiła. I co mam zrobić!? Już wiem!! Wezmę moje zdjęcie i wkleję je w obraz. No cóż, znalazłem tylko zdjęcie robione kiedy miałem 3 latka. Ale je wkleiłem i tak już zostało. Całkiem ładnie wyszło.

Świąteczne zakupy
Wczoraj pomyślałem sobie, że muszę pójść na świąteczne zakupy. Wcześnie rano wstałem i pojechałem do supermarketu. Okazało się, że nie tylko ja pomyślałem o wcześniejszej pobudce i zrobieniu zakupów. Najpierw był gigantyczny korek na ulicy, ale wpadł mi do głowy niezły pomysł.
-         Hej! Na rynku jest wyprzedaż bokserek za 3 grosze sztuka! – krzyknąłem i od razu wszyscy pędem wybiegli z samochodów i poszli na Rynek.
Tylko, że samochody nie odjechały. Więc poszedłem pieszo do supermarketu. Gdy wszedłem do sklepu, było pełno ludzi. Stałem w kolejce trzy godziny i kupiłem dla dziadka Eliasza zgrzewkę piwa i metalowego słonia, żeby go nie rozbił tak jak poprzedniego. Po zakupach poszedłem sobie spacerkiem do domu. Po samochód wrócę jutro!


piątek, 23 grudnia 2016

Opowieść pod choinkę


Rys. Halina Staniewska
        Wśród sporej grupy mieszkańców miasteczka, która zebrała się na Rynku, panował radosny gwar. Wszyscy czekali na moment kiedy tysiące lampek, rozwieszonych na wysokiej choince, zabłyśnie oznajmiając wszystkim, że właśnie zaczyna się radosny okres przedświąteczny. Mateusz, po raz pierwszy od wielu lat, poczuł się członkiem tego społeczeństwa i jego również ogarnął ten specjalny nastrój. Jeszcze niedawno było mu to zupełnie obojętne i nie odróżniał dnia świątecznego od powszedniego. Wszystko zmieniło się w wigilijny wieczór prawie rok temu.

            Tego dnia kręcił się po mieście bez celu. Wcale nie spieszyło mu się do jego prowizorycznego domu, który stał wśród, pustych o tej porze roku, ogródków działkowych. Właściwie to całe jego życie było prowizorką. Nie zawsze tak było. Kiedyś miał dom, rodzinę, pracował i wszystko miało jakiś sens. Tylko pracował za dużo. Przez tą pracę był wiecznie zmęczony i to był powód katastrofy. Tak bardzo chciał zawieźć rodzinę na wymarzone wakacje, że nieważna stała się senność. Wsiadł do samochodu i wjechał centralnie pod TIR. Największe nieszczęście polegało na tym, że tylko jemu udało się przeżyć. Chyba tylko po to, żeby mógł odpokutować swoje winy jeszcze za życia. Po stracie najbliższych, z obojętnością wzmocnioną alkoholem przyjął stratę pracy i domu – to już nie miało znaczenia. Została mu tylko ta altanka bez wody i prądu. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
           W plecaku miał wszystko czego potrzebował na wieczór. Za pieniądze zarobione odśnieżaniem kupił jedzenie i butelkę wódki, żeby utopić swoją samotność i poczucie winy, które wciąż, gdzieś na dnie duszy, bolało. Kiedy przechodził obok rozjaśnionej choinki stojącej na Rynku, zegar ratuszowy wybijał właśnie melodię kolędy. Oczy mu się zaszkliły od łez. Ale postanowił sobie, że się nie rozklei. Nie wytrzymał jednak kiedy, przez odsłonięte okno, zajrzał do jednego z mieszkań na parterze kamienicy. Widząc dzieci i rodziców przy wigilijnym stole, rozpłakał się jak mały chłopiec.
            Nie spieszył się do swojej samotnej Wigilii. Postanowił pójść dłuższą drogą – brzegiem jeziora. O tej porze było tutaj cicho i spokojnie. Śnieg magicznie skrzył się od światła księżyca. Gdyby nie skrzypiał pod butami wędrowca, cisza byłaby nieznośna. Księżyc w połączeniu z bielą śniegu sprawiały, że nie było całkiem ciemno.  Nagle Mateusz zauważył jakąś postać poruszającą się na ścieżce. Pomyślał, że to jeden z dzików, które ostatnio często podchodzą do pobliskich osiedli w poszukiwaniu jedzenia. Nie było jednak innej drogi więc postanowił iść dalej. Po chwili usłyszał jęki i w słabym księżycowym świetle zobaczył, że to wcale nie dzikie zwierzę. Na ośnieżonej ścieżce leżała kobieta i bezradnie próbowała się podnieść. Chwycił ją za lodowato zimną rękę i spróbował podnieść. Jęknęła z bólu.
- Już chyba nie wstanę. Chciałam tylko popatrzeć na jezioro. Tak ładnie teraz wygląda. Ale się przewróciłam na oblodzonej ścieżce i myślałam, że już tutaj zostanę. W Wigilię mało ludzi spaceruje… Strasznie boli mnie noga w kostce.
- Dużo do zamarznięcia pani nie brakowało…
            Jedyne czego mu los nie poskąpił to siła fizyczna. Dlatego bez problemu podniósł drobną kobietę i ruszył ośnieżoną ścieżką – na szczęście do dyżurującej  w tę magiczną noc przychodni nie było daleko. Lekarz i pielęgniarka pili kawę i pojadali makowiec siedząc przy plastikowej choince i spoglądając w ekran telewizora. Dopiero w świetle jarzeniówek Mateusz zobaczył, że kobieta którą przyniósł mogłaby być jego matką, a może nawet babcią. Chciał już sobie pójść, ale w sumie się nie spieszył. Nie było go w jego altanie cały dzień i na pewno teraz jest okropnie zimno. A tutaj ciepło i jasno. Poza tym - zmęczyła go ta droga ze staruszką na rękach i teraz tak dobrze mu się siedziało na tym krześle w poczekalni, że ciężko było mu się podnieść.
Noga okazała się tylko skręcona i po kwadransie można było iść do domu. Ale jak tu iść? Nie było wyjścia - chwycił kobietę pod ramię i powoli ruszyli w stronę osiedla. Mijali kolejne bloki ze świątecznie oświetlonymi balkonami i jasnymi oknami. Na szczęście staruszka nie mieszkała daleko. Mateusz zamierzał doprowadzić ją do drzwi i się pożegnać. Jednak, kiedy zaprosiła go do środka, nie odmówił. Mieszkanie było ciche i puste. Jedynym świątecznym akcentem był biały obrus na stole i talerzyk z opłatkiem. Całości dopełniały świerkowe gałązki w wazonie. Mateusz się zdziwił.
- Myślałem, że rodzina na panią czeka…
- Nie mam nikogo… Całe życie wychowywałam cudze dzieci w szkole, a własnej rodziny nigdy nie założyłam. Ty chyba też jesteś sam? Inaczej nie włóczyłbyś się w Wigilię bez celu… Ale może tak właśnie miało być? Przecież ja bym zamarzła na tej ścieżce.
Mężczyzna milczał. Trudno zresztą było przerwać gadatliwej staruszce. A może właśnie tego ludzkiego gadania potrzebował?
- Wiesz, myślę, że nie bez powodu na tym stole leży opłatek. Miałam przeczucie, że dzisiaj się nim z kimś podzielę. Ale kolację to będziesz musiał sam przygotować bo ja z tą nogą to nie bardzo.
Mateusz siedział nieco oszołomiony. Wyglądało na to, że starsza pani porządkowała jego życie, a on czuł się z tym całkiem dobrze.
- I jeszcze jedno. Mam na imię Aniela. Ale możesz do mnie mówić „babciu”. I zdejmij wreszcie tą kurtkę…
            Teraz, niemal rok później, Mateusz patrząc na rozświetloną na Ryku choinkę, nie ociągał się już z pójściem do domu. Wiedział, że czeka na niego babcia Aniela – śmieszna gadatliwa staruszka bez której jego życie już nie miałoby sensu. 
       
 Rys. Halina Staniewska
Tekst ukazał się w Tygodniku Swarzędzkim 22 grudnia 2016