niedziela, 22 lipca 2018

Recykling ponownie

Temat powraca jak bumerang. Od ostatniego wpisu o naszym domowym recyklingu minęły już 4 lata i zdążyło się "urodzić" kilka nowych rzeczy, którymi chętnie się pochwalę. A właściwie to pochwalę małżonka bo to jego prace. Modele składają się w 95% z tektury i kleju oraz w 5% z odpadów typu patyczki, nakrętki itp. Niestety bez lakieru się nie obywa - czymś trzeba to zabezpieczyć. Jednak wszystkie te składniki byłyby niczym bez olbrzymich ilości czasu, które trzeba poświęcić aby takie dzieła powstały.
Jak wam się podobają?
Wcześniejsze wpisy na temat znajdziecie tutaj i tutaj

  













niedziela, 24 grudnia 2017

Świąteczne opowiadanie


Rys. Halina Staniewska
Zaczynało się ściemniać. Gdzieś za swarzędzkim jeziorem czerwieniły się ostatnie promienie zachodzącego słońca. Na cmentarzu było pusto i spokojnie jednak bardziej uroczyście niż zwykle. Helena w ciągu ostatnich miesięcy poznała to miejsce doskonale. Była tutaj codziennie walcząc ze swoim bólem i pustką jaka zagościła w jej sercu nagle i zupełnie niespodziewanie pół roku temu. Widziała jak groby zmieniają swoje oblicze w zależności od pór roku i obchodzonych aktualnie świąt. Każdy pragnie stworzyć choć namiastkę świątecznej atmosfery w miejscu, w którym przynajmniej symbolicznie, spotyka się ze swoimi bliskimi zmarłymi.  Tego dnia było szczególnie. Panowała uroczysta cisza, groby były udekorowane świerkowymi gałązkami, których zapach rozchodził się po całym cmentarzu, a zapalone znicze mrugały swoimi, targanymi przez powiewy wiatru, płomykami. Górujący nad cmentarzem kościół w ciszy oczekiwał mieszkańców miasta, którzy już za kilka godzin mieli tłumnie zebrać się na uroczystej Pasterce. Helena, zatopiona w swoich myślach, nie zauważyła nawet, że wokół zrobiło się pusto. Ludzie pożegnali się ze zmarłymi i pospieszyli do domów przygotowywać się do tej najbardziej uroczystej wieczerzy w roku. Ona nie miała siły wstać i pójść do domu. Najchętniej zostałaby już przy tym zasypanym śniegiem grobie i poczekała aż Pan Bóg ją zabierze tam gdzie będzie mogła spotkać się ze swoim synem.  Tak strasznie za nim tęskniła. Właśnie mijało pół roku od kiedy go nie ma, a nie było ani jednego dnia, żeby nie płakała. Codziennie czytała ostatniego smsa, w którym Antek pisał, że mają piękną pogodę i idą na plażę. Helena chciałaby aby czas się wówczas zatrzymał i żeby jej dziecko nie utonęło w zimnym Bałtyku. Ale to się stało i nic już tego nie zmieni.
Z odrętwienia wyrwało ją ciche skomlenie. Rozejrzała się i pod cmentarnym murem zobaczyła trzęsącą się z zimna kupkę nieszczęścia – brudnego łaciatego kundelka patrzącego smutnymi oczkami. Ten widok zmobilizował ją do działania. Podniosła się i szybko podeszła do pieska. Widocznie zbyt szybko bo szczeniak się najwyraźniej wystraszył i czmychnął czym prędzej w stronę furtki. Helena bezwiednie poszła w tą samą stronę. Rozejrzała się ale po piesku nie było już śladu więc powoli ruszyła w stronę domu. Na ulicach był niewielki ruch. Gdzieniegdzie widać było ludzi dźwigających paczki z prezentami i spieszących na Wigilię. Rodziny spotykały się, żeby razem spędzić ten najpiękniejszy wieczór w roku. Brr! Śnieg sypał prosto w oczy tak, że prawie nic nie było widać. Idąc chodnikiem Helena odruchowo zaglądała przez rozświetlone okna do ciepłych mieszkań. Na choinkach świeciły się lampki a na stołach, pomiędzy półmiskami z rybą i kapustą, stały zapalone świeczki. Domownicy i ich goście krzątali się przy stołach - dzieci biegały, dorośli rozmawiali  - ludzie zaczynali świętować Boże Narodzenie. Tak samo było u niej w domu jeszcze rok temu…
W chwili kiedy dotarła do Rynku, zegar na ratuszowej wieży zaczął wygrywać melodię kolędy. Jego wskazówki pokazywały siedemnastą. Helena wiedziała, że znów zawiodła męża i córkę. Na pewno czekają na nią z kolacją wigilijną. Tymczasem ona nie ma ochoty wracać do domu. Miała wyrzuty sumienia, że przez jej zachowanie Kasia musiała szybciej dojrzeć. Po śmierci brata, to ona przejęła większość obowiązków domowych. Starała się jak mogła a dzisiaj na pewno robiła wszystko, żeby ich kolacja przypominała Wigilię. Mąż na początku również codziennie odwiedzał cmentarz, ale z czasem robił to coraz rzadziej. Później przychodził po Helenę kiedy długo nie wracała do domu. Z czasem przestał przychodzić. Czuła, że oddalają się od siebie i ich rodzina zaczyna się chwiać. Wiedziała, że nie powinno tak się dziać ze względu na Kasię ale nie potrafiła się otrząsnąć ze swojego bólu.
Śnieg nadal sypał. Na tle światła latarni widać było wielkie spadające płatki. Z otwartego okna w jednej z kamienic dobiegał chóralny śpiew: „Wśród nocnej ciszy głos się rozchodzi…”.
Koło wielkiej rozświetlonej choinki coś się nagle ruszyło. Przez gęsto padający śnieg Helena ledwo poznała kundelka z cmentarza, który pobiegł przed siebie jak tylko spróbowała się do niego zbliżyć. Zrezygnowana poszła dalej. Mijała kolejne rozświetlone okna i tysiące mrugających światełek w ogrodach przed domami. W końcu dotarła do swojego domu. Już zza płotu mogła zobaczyć co się dzieje w środku. Najwyraźniej znów zapomnieli o zasunięciu rolet. Spojrzała w okno i serce jej się ścisnęło. Zobaczyła smutnego męża przytulającego szlochającą córkę.  Tylko w ich domu lampki na choince się nie świeciły. Pomyślała, że Kasia nie zasłużyła sobie na ten smutek. Nie dość, że straciła brata to jeszcze ona, matka, przestała być dla niej oparciem. W tym momencie Helena pomyślała, że tylko ona może uratować swoją rodzinę. I zrobi to! Zawsze będzie pamiętała Antka, ale musi żyć dla tych dwojga, których przecież kocha. Z mocnym postanowieniem podeszła energicznie do furtki. I wtedy zauważyła ta samą kupkę nieszczęścia, którą widziała na cmentarzu i Rynku. Szczeniak siedział w kąciku i trząsł się z zimna. Tym razem jednak nie uciekł. Wbiegł najpierw na podwórko a później do domu zupełnie jakby był u siebie. Helena i jej rodzina ze zdziwieniem patrzyli jak pies obiega i obwąchuje całe mieszkanie aby w końcu wskoczyć na fotel, w którym zwykle siadał Antek. Kobieta podeszła do choinki i włączyła lampki. Ciepłe światło sprawiło, że w pokoju zrobiło się miło i przytulnie. Podeszła do swoich bliskich by się do nich przytulić i zapłakać. Były to jednak łzy oczyszczające, dające nadzieję. Tego wieczoru ich rodzina znów poczuła się wspólnotą. Poza tym dołączył do niej ktoś wyrażający swoje emocje bieganiem, machaniem ogonem i radosnym popiskiwaniem.

   
Rys. Halina Staniewska
Tekst ukazał się 20 grudnia 2017 r. w Tygodniku Swarzędzkim

sobota, 25 marca 2017

Kleofas


Kto ma ochotę na radosną twórczość dziecięcą?! Przeglądając stare pliki natrafiłam na pierwszą (i chyba ostatnią) książeczkę syna. Powstała 13 lat temu i mam nadzieję, że mój pierworodny nie zabije mnie za tę publikację. Zaryzykuję! Zachowuję oryginalną pisownię.


Kleofas


Wstęp
Cześć!!
Mam na imię Kleofas Kiełek. Mieszkam w małym miasteczku Zwierzątkowo, przy ulicy Wybrzeże Słonika 2. Mam czerwony berecik, czerwone buty i żółty kaftanik. Mieszkam w bardzo dużym domu koło jeziora i mam czerwony samochód. Na Wybrzeżu Słonika są tylko dwa domy. To znaczy jeden dom i opuszczona buda.

Dzień Dziadka
Jutro przyjeżdża do mnie dziadek Eliasz. Oczywiście dziadek przyjeżdża do mnie tylko na Dzień Dziadka bo lubi kiedy dostaje prezenty. Ale mi nie daje żadnych upominków bo nie chce tracić pieniędzy.
Gdy dziadek przyjechał, od razu zauważył zmiany.
-         O, widzę, że odnowiłeś tę ruinę – powiedział dziadek i wyjął piwo z kieszeni – No, pijesz?
-         YYY... nie, nie dziadku. Usiądź na krześle, daj odłożę laskę.
-         Zostaw!! – krzyknął dziadek – Mam w lasce oszczędności – powiedział – nigdy nie wydaję oszczędności na niepotrzebne rzeczy... No, masz ten prezent dla mnie czy nie?
-         Mam.
-         A co to za dziwoląg?
-         To? To jest słoń z porcelany.
-         Bardzo fajny, a co masz w lodówce?
-         Kabanosy – powiedziałem i poszedłem umyć naczynia. Gdy wróciłem, dziadek już zaczął jeść:
-         Mniam, dobry ka...aaaajj!!! Ał! Usiadłem na słoniu z porcelany!!

Zemsta Kleofasa
Parę godzin później...
-         Hej, Kleofas, zrób mi kawę, szybko!
-         Już, za chwilę podam!
-         Mniam, dobra ka...aj...aj... – powiedział dziadek i zemdlał
Iju! Iju! Gdy przyjechała karetka i zabrała dziadka do szpitala, pomyślałem – „Mam nadzieję, że za bardzo go nie strułem”
-         O, dziadek zapomniał laski. Powiedział, że nie wyda oszczędności na głupie rzeczy. Ja też nie wydam na głupie rzeczy. Wydam na cukierki!

Ząb mnie boli!!

Po tych cukierkach rozbolał mnie ząb. Ał! Ale boli! Wiem! Kupię czekoladki – na pewno po czekoladkach przejdzie ból zęba. Na pewno.
Aj! Czekoladki nic nie pomogły. Wiem! Wyrwę sobie ząb. Na pewno wtedy przejdzie.
Po wyrwaniu zęba:
-         Oj, jak dobrze, ząb mnie nie... Aj!! Jak boli – musiałem wyrwać nie ten ząb. Trzeba znów iść do dentysty. Po usunięciu drugiego zęba:
-         No, ząb mnie już nie bo... Au!!!!

Zakupy
Chyba muszę zrobić zakupy. Ale gdy ostatni raz byłem w sklepie, zamiast ziemniaków kupiłem cukierki. Chyba tym razem się nie pomylę?
W sklepie przywitał mnie pan Edzio i bardzo chętnie pomagał przy wyborze artykułów. Ale w domu:
-         O kurczaczek, chyba znowu się pomyliłem i zamiast masła kupiłem batony! Moja wina, że nie umiem czytać? Najważniejsze, że w ogóle nie pomyliłem ziemniaków z cukierkami!

Słonioliza
Dzisiaj kupiłem obraz Mona Lisa. Tylko, kiedy wychodziłem ze sklepu, zahaczyłem twarzą Mony Lisy o klamkę. No i dziura się zrobiła. I co mam zrobić!? Już wiem!! Wezmę moje zdjęcie i wkleję je w obraz. No cóż, znalazłem tylko zdjęcie robione kiedy miałem 3 latka. Ale je wkleiłem i tak już zostało. Całkiem ładnie wyszło.

Świąteczne zakupy
Wczoraj pomyślałem sobie, że muszę pójść na świąteczne zakupy. Wcześnie rano wstałem i pojechałem do supermarketu. Okazało się, że nie tylko ja pomyślałem o wcześniejszej pobudce i zrobieniu zakupów. Najpierw był gigantyczny korek na ulicy, ale wpadł mi do głowy niezły pomysł.
-         Hej! Na rynku jest wyprzedaż bokserek za 3 grosze sztuka! – krzyknąłem i od razu wszyscy pędem wybiegli z samochodów i poszli na Rynek.
Tylko, że samochody nie odjechały. Więc poszedłem pieszo do supermarketu. Gdy wszedłem do sklepu, było pełno ludzi. Stałem w kolejce trzy godziny i kupiłem dla dziadka Eliasza zgrzewkę piwa i metalowego słonia, żeby go nie rozbił tak jak poprzedniego. Po zakupach poszedłem sobie spacerkiem do domu. Po samochód wrócę jutro!


piątek, 23 grudnia 2016

Opowieść pod choinkę


Rys. Halina Staniewska
        Wśród sporej grupy mieszkańców miasteczka, która zebrała się na Rynku, panował radosny gwar. Wszyscy czekali na moment kiedy tysiące lampek, rozwieszonych na wysokiej choince, zabłyśnie oznajmiając wszystkim, że właśnie zaczyna się radosny okres przedświąteczny. Mateusz, po raz pierwszy od wielu lat, poczuł się członkiem tego społeczeństwa i jego również ogarnął ten specjalny nastrój. Jeszcze niedawno było mu to zupełnie obojętne i nie odróżniał dnia świątecznego od powszedniego. Wszystko zmieniło się w wigilijny wieczór prawie rok temu.

            Tego dnia kręcił się po mieście bez celu. Wcale nie spieszyło mu się do jego prowizorycznego domu, który stał wśród, pustych o tej porze roku, ogródków działkowych. Właściwie to całe jego życie było prowizorką. Nie zawsze tak było. Kiedyś miał dom, rodzinę, pracował i wszystko miało jakiś sens. Tylko pracował za dużo. Przez tą pracę był wiecznie zmęczony i to był powód katastrofy. Tak bardzo chciał zawieźć rodzinę na wymarzone wakacje, że nieważna stała się senność. Wsiadł do samochodu i wjechał centralnie pod TIR. Największe nieszczęście polegało na tym, że tylko jemu udało się przeżyć. Chyba tylko po to, żeby mógł odpokutować swoje winy jeszcze za życia. Po stracie najbliższych, z obojętnością wzmocnioną alkoholem przyjął stratę pracy i domu – to już nie miało znaczenia. Została mu tylko ta altanka bez wody i prądu. Do wszystkiego można się przyzwyczaić.
           W plecaku miał wszystko czego potrzebował na wieczór. Za pieniądze zarobione odśnieżaniem kupił jedzenie i butelkę wódki, żeby utopić swoją samotność i poczucie winy, które wciąż, gdzieś na dnie duszy, bolało. Kiedy przechodził obok rozjaśnionej choinki stojącej na Rynku, zegar ratuszowy wybijał właśnie melodię kolędy. Oczy mu się zaszkliły od łez. Ale postanowił sobie, że się nie rozklei. Nie wytrzymał jednak kiedy, przez odsłonięte okno, zajrzał do jednego z mieszkań na parterze kamienicy. Widząc dzieci i rodziców przy wigilijnym stole, rozpłakał się jak mały chłopiec.
            Nie spieszył się do swojej samotnej Wigilii. Postanowił pójść dłuższą drogą – brzegiem jeziora. O tej porze było tutaj cicho i spokojnie. Śnieg magicznie skrzył się od światła księżyca. Gdyby nie skrzypiał pod butami wędrowca, cisza byłaby nieznośna. Księżyc w połączeniu z bielą śniegu sprawiały, że nie było całkiem ciemno.  Nagle Mateusz zauważył jakąś postać poruszającą się na ścieżce. Pomyślał, że to jeden z dzików, które ostatnio często podchodzą do pobliskich osiedli w poszukiwaniu jedzenia. Nie było jednak innej drogi więc postanowił iść dalej. Po chwili usłyszał jęki i w słabym księżycowym świetle zobaczył, że to wcale nie dzikie zwierzę. Na ośnieżonej ścieżce leżała kobieta i bezradnie próbowała się podnieść. Chwycił ją za lodowato zimną rękę i spróbował podnieść. Jęknęła z bólu.
- Już chyba nie wstanę. Chciałam tylko popatrzeć na jezioro. Tak ładnie teraz wygląda. Ale się przewróciłam na oblodzonej ścieżce i myślałam, że już tutaj zostanę. W Wigilię mało ludzi spaceruje… Strasznie boli mnie noga w kostce.
- Dużo do zamarznięcia pani nie brakowało…
            Jedyne czego mu los nie poskąpił to siła fizyczna. Dlatego bez problemu podniósł drobną kobietę i ruszył ośnieżoną ścieżką – na szczęście do dyżurującej  w tę magiczną noc przychodni nie było daleko. Lekarz i pielęgniarka pili kawę i pojadali makowiec siedząc przy plastikowej choince i spoglądając w ekran telewizora. Dopiero w świetle jarzeniówek Mateusz zobaczył, że kobieta którą przyniósł mogłaby być jego matką, a może nawet babcią. Chciał już sobie pójść, ale w sumie się nie spieszył. Nie było go w jego altanie cały dzień i na pewno teraz jest okropnie zimno. A tutaj ciepło i jasno. Poza tym - zmęczyła go ta droga ze staruszką na rękach i teraz tak dobrze mu się siedziało na tym krześle w poczekalni, że ciężko było mu się podnieść.
Noga okazała się tylko skręcona i po kwadransie można było iść do domu. Ale jak tu iść? Nie było wyjścia - chwycił kobietę pod ramię i powoli ruszyli w stronę osiedla. Mijali kolejne bloki ze świątecznie oświetlonymi balkonami i jasnymi oknami. Na szczęście staruszka nie mieszkała daleko. Mateusz zamierzał doprowadzić ją do drzwi i się pożegnać. Jednak, kiedy zaprosiła go do środka, nie odmówił. Mieszkanie było ciche i puste. Jedynym świątecznym akcentem był biały obrus na stole i talerzyk z opłatkiem. Całości dopełniały świerkowe gałązki w wazonie. Mateusz się zdziwił.
- Myślałem, że rodzina na panią czeka…
- Nie mam nikogo… Całe życie wychowywałam cudze dzieci w szkole, a własnej rodziny nigdy nie założyłam. Ty chyba też jesteś sam? Inaczej nie włóczyłbyś się w Wigilię bez celu… Ale może tak właśnie miało być? Przecież ja bym zamarzła na tej ścieżce.
Mężczyzna milczał. Trudno zresztą było przerwać gadatliwej staruszce. A może właśnie tego ludzkiego gadania potrzebował?
- Wiesz, myślę, że nie bez powodu na tym stole leży opłatek. Miałam przeczucie, że dzisiaj się nim z kimś podzielę. Ale kolację to będziesz musiał sam przygotować bo ja z tą nogą to nie bardzo.
Mateusz siedział nieco oszołomiony. Wyglądało na to, że starsza pani porządkowała jego życie, a on czuł się z tym całkiem dobrze.
- I jeszcze jedno. Mam na imię Aniela. Ale możesz do mnie mówić „babciu”. I zdejmij wreszcie tą kurtkę…
            Teraz, niemal rok później, Mateusz patrząc na rozświetloną na Ryku choinkę, nie ociągał się już z pójściem do domu. Wiedział, że czeka na niego babcia Aniela – śmieszna gadatliwa staruszka bez której jego życie już nie miałoby sensu. 
       
 Rys. Halina Staniewska
Tekst ukazał się w Tygodniku Swarzędzkim 22 grudnia 2016

czwartek, 29 września 2016

Wakacyjne podsumowanie


Wakacje ostatecznie dobiegły końca zatem mogę się pokusić o małe podsumowanie tegorocznego sezonu urlopowego. Porównując go do poprzednich można zauważyć różnicę. Brak poczucia bezpieczeństwa w wielu krajach Europy  i Afryki spowodował, że ludzie niechętnie oddalają się od domu. Nie jest to reguła, ale media zgodnie donosiły, że część naszych rodaków zrezygnowała z zagranicznych wyjazdów na rzecz naszego pięknego kraju co spowodowało, że wybrzeże Bałtyku i polskie góry przeżyły w tym roku najlepszy sezon turystyczny od wielu lat, a w kolejkach do wielu atrakcji trzeba było stać godzinami. Okazało się jednak, że turysta za to swojskie poczucie bezpieczeństwa musi słono zapłacić. Popyt na noclegi, posiłki czy pamiątki spowodował, że usługodawcy wyśrubowali ceny do poziomu godnego południa Europy. A niekiedy nawet sporo więcej. Nie wiem czy nad Morzem Śródziemnym są toalety za które trzeba zapłacić 5 złotych od osoby?  Zastanawiam się czy to nasza cecha narodowa czy też ogólnoludzka powoduje, że człowiek nigdy nie ma dość zysku. Nie wystarczy, że jest komplet gości, popyt na posiłki nie maleje, a pamiątki „schodzą” jak nigdy. Trzeba jeszcze windować ceny bo turysta zapłaci i jeszcze podziękuje. Ta sytuacja powoduje, że coraz więcej osób dochodzi do wniosku, iż wypoczynek za granicą jest cenowo porównywalny , a niekiedy nawet tańszy niż w Polsce. Owszem, jest kilka krajów, które ludzie raczej starają się omijać, jednak wiele miejsc nadal chętnie odwiedzamy. Poza tym, że oferują usługi turystyczne na wysokim poziomie, posiadają jedną zasadniczą cechę, której w Polsce na próżno szukać – wspaniałą  pogodę przyciągającą miłośników słonecznych kąpieli.
Podsumowując – powinniśmy się cieszyć, że Polacy coraz więcej swoich pieniędzy zostawiają w Polsce przy okazji poznając jej uroki. Jednocześnie nie możemy mieć za złe, że ludzie w poszukiwaniu ciepła i luksusu zapędzają się w coraz dalsze zakątki świata. Najważniejsze w tym wszystkim jest chyba to, że mamy wybór i powoli zapominamy o czasach kiedy kierunek wakacyjnych wojaży wyznaczał Fundusz Wczasów Pracowniczych, a wyjazd do Bułgarii był szczytem marzeń Polaka.

Zatem sięgajmy naszymi marzeniami coraz wyżej i ciężko pracując lub ucząc się jesienią, zimą i wiosną planujmy sobie wymarzone przyszłoroczne wakacje, które w moim przekonaniu mogą być równie fascynujące  niezależnie od tego czy chcemy je spędzić  w Polsce czy poza nią. 

niedziela, 12 czerwca 2016

Najważniejszy jest pomysł!


    Przekonałam się niedawno, że jeżeli bardzo chcemy zrealizować jakiś, nawet z pozoru niewykonalny, pomysł to trzeba się po prostu uprzeć i już! 
    Myśl zakiełkowała w mojej głowie jakieś dwa lata temu kiedy,  podczas  rodzinnej uroczystośći, "wyszło" w rozmowie, że ludzie mają pochowane po szafach, strychach i piwnicach ślubne portrety rodziców, dziadków, a nawet swoje. Wyobraziłam sobie jak by fajnie wyglądała ściana pełna tych fotograficznych dzieł.  Czyli pomysł już był. Trzeba było przystąpić do realizacji. Początkowo łatwo nie było i trochę potrwało zanim znalazła się osoba, w postaci pani Kierownik biblioteki, która w pomyśle tym ujrzała potencjał. Czyli miejsce już się znalazło. Kolejny etap to znalezienie eksponatów. I tutaj znów "pod górkę". Nie jest łatwo przekonać ludzi do upublicznienia rodzinnych pamiątek. Jednak z czasem i to się udało. Ostatecznie materiałów zebraliśmy więcej niż mieliśmy miejsca. A najważniejsze, że udało się zmobilizować ludzi do wspólnego działania!
    Nadszedł wielki (przynajmniej dla mnie) dzień - wernisaż wystawy. Nerwy i pytanie: "czy będzie frekwencja"? 
Jak się jednak okazało nerwy były zupełnie niepotrzebne. Otwarcie, głównie za sprawą prezentacji przygotowanej przez wspomnianą już panią Kierownik, okazało się bardzo udane, wzruszające i pełne emocji. 
Więcej opowiadać nie będę. Wszystko widać na zdjęciach. Pozdrawiam!








środa, 27 kwietnia 2016

Bodo, czyli Polak ze szwajcarskim paszportem

Zdjęcie zapożyczone ze strony: www.superseriale.se.pl
            
Kiedy usłyszałam o planach dotyczących serialu „Bodo” ukłuło mnie takie maleńkie poczucie żalu. Dlaczego nie Żabczyński!? W końcu jego życiorys  jest gotowym scenariuszem filmowym! Ale w końcu Eugeniusz Bodo jest na drugim miejscu w moim rankingu przedwojennych gwiazd więc  żale odłożyłam  na bok i na premierę serialu czekałam z niecierpliwością. Miałam nadzieję, że chociaż trochę poczuję tę atmosferę, której nazwę nawet trudno określić. Chciałam, za pośrednictwem małego ekranu, znaleźć się w klimacie teatralno-kabaretowo-wodewilowym z domieszką kina, przeplatanym specyficznym dźwiękiem gramofonowej płyty. I nie myliłam się. Wprawdzie producenci trochę mnie zawiedli kręcąc „epizod poznański” bez udziału Poznania, ale cóż -  plenery nie są najważniejsze. Ważniejsze jest to co dzieje się, w kolejnych odcinkach serialu,  na deskach kabaretowych scen. A dzieje się!
Jeżeli chodzi o odtwórców głównej roli, to muszę przyznać, że dotąd nie doceniałam aktorskich umiejętności Antoniego Królikowskiego, a w Tomaszu Schuchardt nie zauważyłam wcześniej  fizycznego podobieństwa do Eugeniusza Bodo. Młody „Królik” wspaniale zagrał młodego upartego i dążącego do swojego celu przyszłego aktora. Podczas sceny warszawskiego debiutu, przeplatanej scenami śmierci ojca, nawet się nieco wzruszyłam. Mariuszowi Bonaszewskiemu, w roli Teodora Junod, bezbłędnie udało się zagrać faceta, któremu wiele można wybaczyć i darzyć sympatią mimo wszystko. Natomiast Maciej Damięcki rozśmieszył mnie  zupełnie jak Antoni Fertner, którego aktor zagrał. Reasumując, obejrzane dotąd odcinki serialu „Bodo”, mimo kilku wpadek, takich jak: ubrani w letnią odzież ludzie w listopadzie 1918 roku oraz pływające w wiadrze wigilijne karpie (karp został symbolem wigilijnym dopiero po drugiej wojnie światowej), to świetnie nakręcony serial oddający klimat dawnej kabaretowej bohemy. A najważniejsze w tym wszystkim jest to, że znów zaczęło się mówić o zapomnianym przedwojennym kinie i kabarecie!