Czy świat może się zmieścić na 250 metrach kwadratowych?
Wiadomo, że nie. Okazuje się jednak, że
na tych 250 m mieści się dużo więcej niż możemy sobie wyobrazić. Mosty, tunele,
góry, jeziora, miasta, wioski, dworce, lotniska, centra handlowe i rozrywkowe,
biura, fabryki. Jednak przede wszystkim ludzie. Ludzie w najróżniejszych
sytuacjach. Pracują, wypoczywają, bawią się, podróżują i robią mnóstwo innych
rzeczy. I to wszystko na tych 250 metrach! Zapytacie gdzie. Otóż w
podpoznańskim Borówcu. Tam właśnie ludzie, którym nie zabrakło wyobraźni,
stworzyli (a właściwie cały czas tworzą)
imponującą makietę kolejową, którą za jedyne 15 złotych można oglądać do
woli. Świetny sposób na spędzenie wolnego czasu z całą rodziną. Polecam! A na
zachętę obejrzyjcie kilka zdjęć :)
wtorek, 11 lutego 2014
środa, 29 stycznia 2014
O uczuć okazywaniu
Wczoraj, kiedy
moje starsze „maleństwo” przydźwigało mi do domu ciężkie zakupy, z wdzięczności
stwierdziłam, że jest kochany. Tak, żeby podziękować. Na to dziecko
odpowiedziało, że cieszy się, że mu to mówię bo właśnie w szkole mieli
pogadankę z byłym narkomanem, który zaczął ćpać ponieważ rodzice nie okazywali
mu uczuć. Na wszelki wypadek cmoknęłam smarkacza jeszcze w głowę. Lepiej, żeby
miał przesyt niż niedosyt uczuć. A łatwe to nie było bo synuś jest już jakieś
20 cm wyższy od mamusi. Taki sobie drobny epizod z życia rodzinnego. Jednak
nakłonił do myślenia. No bo w sumie
„dziwny jest ten świat”. Kiedy się takie małe urodzi, nie szczędzimy mu
przytulania i pieszczot, całujemy w stopki, a nawet po przysłowiowej „pupie
niemowlaka”. Z czasem nasza wylewność maleje i zanika. Często zresztą za sprawą
samych dzieci, które wstydzą się okazywania uczuć, zwłaszcza publicznie. Po co
mają się koledzy śmiać. Przypadki narkomanii spowodowane brakiem okazywania
uczuć przez rodziców są zapewne marginalne. Być może dotyczą rodzin, w których
faktycznie brak miłości. Nie chcę tu
nikogo nakłaniać do wzmożonego atakowania naszych pociech przytulaniem i
pocałunkami. Pewnie zaczęłyby podejrzewać jakiś podstęp. Pomyślałam jednak, że
warto, od czasu do czasu dać im do zrozumienia, że mimo dawania nam w kość
przez „humory nastolatka”, są przez nas kochane. W końcu to nic nie kosztuje, a
może wiele znaczyć. Powiedzmy im po prostu, że je KOCHAMY!
piątek, 24 stycznia 2014
O młodzieży wychowaniu, czyli chyba jestem niedzisiejsza
Czas, jak wiemy,
płynie nieubłaganie. Dla niektórych dzieciaków nastąpił nareszcie koniec
semestru i za chwilkę będą zasłużone ferie, inni właśnie się zorientowali, że
od września minęło kilka miesięcy podczas których nie zdążyli pożegnać się z
wakacyjną labą. No cóż? Może w drugim półroczu zdążą? Na tradycyjną wywiadówkę
wybrałam się nawet chętnie. Lubię wiedzieć co się w szkole dzieje, a latorośl
moja, mimo monstrualnego lenistwa, większych kłopotów nie przysparza. Dlatego
poszłam nie spodziewając się żadnej katastrofy. Szybko jednak zostałam
wyprowadzona z błędu. Wróciłam do domu pełna niepokoju o przyszłość. W dodatku
o przyszłość ludzkości!! Świat stanął na głowie. Współcześni rodzice już nie
jednoczą sił z nauczycielem w
wychowaniu swoich pociech. Teraz, kiedy pojawia się problem, szukają winy w
szkole utwierdzając dziatwę w przekonaniu, że nie ma ona żadnych obowiązków,
natomiast posiada szereg praw, które grono pedagogiczne musi respektować. W
charakterze winnego ich własnych błędów wychowawczych najlepiej wybrać
nauczyciela, który, nie dość, że zadaje codziennie do domu (czym powoduje stres
u biednych dzieci), wymaga, żeby młodzież rozumiała co nieco z lekcji, to
jeszcze od czasu do czasu rzuci jakimś wulgaryzmem pod adresem zestresowanych
uczniów. To już w obecnych czasach prawdziwe przestępstwo! Nie ma znaczenia, że
ci biedni zestresowani kompletnie ignorują nauczycieli podczas lekcji. W końcu
makijaż trzeba kiedyś poprawiać, a przerwy przecież nie starcza. No i kontakt
ze światem też trzeba mieć, czyli facebooka nikt wyłączać podczas zajęć nie
zamierza. Zachowanie młodzieży oburzenia wśród rodziców nie wywołało, niemniej
z wielką radością został przyjęty pomysł konfiskowania telefonów przed każdą
lekcją. Pewnie. Nie radzimy sobie z własnymi dziećmi? Szkoła za nas załatwi.
Najbardziej jednak spodobał mi się tekst, że przy czternastoletnich dzieciach
nie powinno się używać niektórych
wyrażeń. Ciekawa jestem których? Niestety, jako osobie nieśmiałej, nie
starczyło mi odwagi żeby spytać. Skądinąd wiem, że te czternastolatki mają
bardzo bogate słownictwo. Niejeden polonista wzbogaciłby sobie przy nich zasób
słów.
Problem chyba
polega na tym, że rodzice chcieliby, żeby ich pociechy zdobyły w szkole wiedzę
i jednocześnie, żeby szkoła nie stawiała im żadnych wymagań. Bo to stresuje. A
jak są problemy z nauką to wina nauczycieli i już! Nieważne, że dziatwa (jak
sama przyznaje) na naukę poświęca góra pół godziny dziennie. Przecież jest tyle
ciekawszych zajęć…
Nie wiem czy
jest jakikolwiek lek na to całe zło. Być może powinniśmy oprócz wbijania
dzieciakom do głów listy praw jakie im przysługują, wspomnieć coś o obowiązkach? Mam wrażenie, że one po prostu o nich nie wiedzą. Już widzę to
zdziwienie jak za kilka lat dowiedzą się od przyszłych pracodawców.
Na wywiadówkę do
drugiego syna nie poszłam. Moje nerwy mogłyby tego nie wytrzymać…
niedziela, 22 grudnia 2013
Świąteczny prezent
No i doczekałam się wspaniałego prezentu świątecznego!
Fragment mojego blogu (a konkretnie „Opowieść zimowa”) trafił do druku i
właśnie ukazał się w świątecznym wydaniu „Tygodnika Swarzędzkiego”! Z jednej strony - radość - okazja do znalezienia nowych
czytelników. Z drugiej lęk przed krytyką ponieważ w naszej małej społeczności
nietrudno wytropić i „obgadać” autora. Zwłaszcza, że moje nazwisko znalazło się
pod artykułem. Ale nic to. Najważniejsze, że ktoś chciał wydrukować!
Pozdrawiam wszystkich, którym chce się od czasu do czasu odwiedzić mój blog!
poniedziałek, 9 września 2013
Śmiech to zdrowie, czyli lepiej zapobiegać niż leczyć...
Podobno śmiech to zdrowie.
Skoro tak, to może warto „zaszczepić” się przed zimowymi wirusami i
pośmiać na zapas? Ale z czego tu się śmiać? Osobiście znam dwa sprawdzone
powody. Pierwszy to dobre towarzystwo, które potrafi żartować nie tylko z
innych, ale również z siebie. Jednak, ponieważ towarzystwo nie zawsze jest się
w stanie zebrać i pośmiać, proponuję drugi sposób - wygodny fotel lub kanapa plus dobra komedia. Ale co zrobić kiedy
nic (smutna prawda) ciekawego ostatnio nie nakręcono? Proponuję obejrzeć coś
sprawdzonego! Miałam w ostatnią sobotę okazję przypomnieć sobie taki właśnie
sprawdzony film (a ściśle to jego pierwszą część). Nieco się z mężem zdziwiliśmy kiedy nasz nastoletni potomek oświadczył,
że wieczorem „leci” „Jak rozpętałem II Wojnę Światową” i on to musi oglądać.
Nie byłoby w tym nic dziwnego, tyle, że taka sama sytuacja miała miejsce jakiś
miesiąc temu. Poza tym film ten spokojnie leży sobie na półce w wersji dvd. Ale
cóż. Skoro trafiała się okazja posiedzieć przed telewizorem z naszymi
nastolatkami (doświadczeni rodzice wiedzą, że graniczy to z cudem), skwapliwie
usiedliśmy. I co się okazało? Że był to strzał w przysłowiową dziesiątkę!
Uśmialiśmy się „po pachy”. Teraz już
wiem, którą polską komedię umieściłabym na pierwszym miejscu w rankingu. Może
inne są śmieszniejsze, ale ta potrafi połączyć pokolenia we wspólnym
terapeutycznym śmiechu. Młodzież przy okazji nieświadomie „łyknęła” nieco
historii (a propos historii to jestem właśnie w małym szoku ponieważ kilka
godzin temu dowiedziałam się od syna, że nie wie czym się rożni Lenin od cara
Mikołaja – dla niego to po prostu dwaj Rosjanie?!!!). Ale wracając do tematu: na czym
polega fenomen starych filmów? Odpowiedź, według mnie, mieści się w trzech
słowach: SCENARIUSZ, REŻYSER, AKTORZY. Nic dodać, nic ująć.
Wszystkim, którzy są już znudzeni beznadziejnymi
współczesnymi wytworami polskiej kinematografii, polecam obejrzenie wojennych
losów Franka Dolasa. To nic, że po raz setny. Zawsze można zauważyć jakiś nowy
szczegół. Na przykład taki:
Czy ten kształt górskiego szczytu w filmowej Jugosławii
czegoś wam nie przypomina?
środa, 21 sierpnia 2013
Opowieść letnia
Nareszcie! Tyle miesięcy czekałam na ten moment. Można spać
do dziewiątej bez wyrzutów sumienia. Co więcej – z poczuciem, że to lenistwo
jest w pełni zasłużone. Tak właśnie zaczynam długo wyczekiwany urlop…
Pomiędzy drzewami widać już błyszczącą od słońca taflę
jeziora. Wystarczy zejść na dół, załatwić formalności w wypożyczalni i już
można wypływać. Rower wodny to mój ulubiony środek transportu na jeziorze.
Najpierw podpłynę do aeratora. Ciekawe – podobno to dziwne urządzenie ma
spowodować oczyszczenie naszego jeziora. Być może doczekam chwili kiedy znów
będzie można kąpać się w jego wodzie… Teraz mogę opłynąć wyspę. Tajemnicza,
zielona, kusi, żeby zobaczyć co skrywa. Ale sama tam nie wejdę, aż taka odważna
nie jestem.
Mam wrażenie, że „moje” jeziorko zyskało drugie życie. Przez długie lata było obdarowywane przez
miasto ściekami, a na jego tafli czasami można było zobaczyć tylko jakąś łódkę
z wędkarzem. Teraz aż miło popatrzeć: rowery, kajaki, łodzie, nawet kilka
żaglówek. Całe mnóstwo ptactwa, które bez obawy podchodzi do karmiących je
dzieci. I do tego jeszcze pływająca fontanna. Może za jakiś czas to miejsce
zacznie przyciągać Poznaniaków szukających odpoczynku. Tak jak to było wiele
lat temu, jeszcze przed wojną…
Ale to słońce razi w oczy. Trzeba było zabrać okulary…
c.d.n.
c.d.n.
środa, 17 kwietnia 2013
Recycling
Wiem, wiem. Temat oklepany. Teraz prawie każdy segreguje
swoje śmieci. Ale w moim domu to nie tylko: plastik, papier, szkło…. Recycling oznacza u nas coś jeszcze. Każdy
papierek, tekturka, patyczek od lizaka przechodzi swoistą selekcję. Przed
wyrzuceniem musi go obejrzeć mój małżonek by stwierdzić czy jeszcze się nie
przyda. Wiem. Brzmi to nieco dziwnie. Ale już wyjaśniam. Otóż, moje starsze
„maleństwo” wraz ze swoim tatusiem potrafią z byle czego zrobić coś. Na potwierdzenie
moich dziwnie brzmiących słów zamieszczam poniższe fotki.
Kto by się domyślił, że przedstawione na nich rzeczy
powstały tylko i wyłącznie z: tektury, patyczków, słomek i resztek starych
zabawek? Żadnych kupnych elementów!
Podstawę do tych konkretnych modeli (bo modeli jest więcej) stanowiły
kółka od starej zabawki. Najpierw kilka tygodni zajęło przeliczanie skali pod
kątem tych właśnie kółek. Każdy kolejny element musiał swoim rozmiarem pasować.
Później były długie żmudne tygodnie wycinania, klejenia, malowania. Efekt widzimy:
Może te ich zabawki nie mają zastosowania praktycznego, ale na pewno cieszą oko. Poza tym jest to hobby, które nie wymaga nakładów finansowych. Zatem: same zalety!
Zachęcam - spróbujcie się tak pobawić, zwłaszcza w długie zimowe wieczory. Teraz sezon się zakończył. Czas ruszyć na rowery!
Subskrybuj:
Posty (Atom)




