wtorek, 11 lutego 2014

Miniaturowy świat

Czy świat może się zmieścić na 250 metrach kwadratowych? Wiadomo, że nie.  Okazuje się jednak, że na tych 250 m mieści się dużo więcej niż możemy sobie wyobrazić. Mosty, tunele, góry, jeziora, miasta, wioski, dworce, lotniska, centra handlowe i rozrywkowe, biura, fabryki. Jednak przede wszystkim ludzie. Ludzie w najróżniejszych sytuacjach. Pracują, wypoczywają, bawią się, podróżują i robią mnóstwo innych rzeczy. I to wszystko na tych 250 metrach! Zapytacie gdzie. Otóż w podpoznańskim Borówcu. Tam właśnie ludzie, którym nie zabrakło wyobraźni, stworzyli (a właściwie cały czas tworzą)  imponującą makietę kolejową, którą za jedyne 15 złotych można oglądać do woli. Świetny sposób na spędzenie wolnego czasu z całą rodziną. Polecam! A na zachętę obejrzyjcie kilka zdjęć :)















środa, 29 stycznia 2014

O uczuć okazywaniu

Wczoraj, kiedy moje starsze „maleństwo” przydźwigało mi do domu ciężkie zakupy, z wdzięczności stwierdziłam, że jest kochany. Tak, żeby podziękować. Na to dziecko odpowiedziało, że cieszy się, że mu to mówię bo właśnie w szkole mieli pogadankę z byłym narkomanem, który zaczął ćpać ponieważ rodzice nie okazywali mu uczuć. Na wszelki wypadek cmoknęłam smarkacza jeszcze w głowę. Lepiej, żeby miał przesyt niż niedosyt uczuć. A łatwe to nie było bo synuś jest już jakieś 20 cm wyższy od mamusi. Taki sobie drobny epizod z życia rodzinnego. Jednak nakłonił do myślenia.  No bo w sumie „dziwny jest ten świat”. Kiedy się takie małe urodzi, nie szczędzimy mu przytulania i pieszczot, całujemy w stopki, a nawet po przysłowiowej „pupie niemowlaka”. Z czasem nasza wylewność maleje i zanika. Często zresztą za sprawą samych dzieci, które wstydzą się okazywania uczuć, zwłaszcza publicznie. Po co mają się koledzy śmiać. Przypadki narkomanii spowodowane brakiem okazywania uczuć przez rodziców są zapewne marginalne. Być może dotyczą rodzin, w których faktycznie brak miłości.  Nie chcę tu nikogo nakłaniać do wzmożonego atakowania naszych pociech przytulaniem i pocałunkami. Pewnie zaczęłyby podejrzewać jakiś podstęp. Pomyślałam jednak, że warto, od czasu do czasu dać im do zrozumienia, że mimo dawania nam w kość przez „humory nastolatka”, są przez nas kochane. W końcu to nic nie kosztuje, a może wiele znaczyć. Powiedzmy im po prostu, że je KOCHAMY! 

piątek, 24 stycznia 2014

O młodzieży wychowaniu, czyli chyba jestem niedzisiejsza

Czas, jak wiemy, płynie nieubłaganie. Dla niektórych dzieciaków nastąpił nareszcie koniec semestru i za chwilkę będą zasłużone ferie, inni właśnie się zorientowali, że od września minęło kilka miesięcy podczas których nie zdążyli pożegnać się z wakacyjną labą. No cóż? Może w drugim półroczu zdążą? Na tradycyjną wywiadówkę wybrałam się nawet chętnie. Lubię wiedzieć co się w szkole dzieje, a latorośl moja, mimo monstrualnego lenistwa, większych kłopotów nie przysparza. Dlatego poszłam nie spodziewając się żadnej katastrofy. Szybko jednak zostałam wyprowadzona z błędu. Wróciłam do domu pełna niepokoju o przyszłość. W dodatku o przyszłość ludzkości!! Świat stanął na głowie. Współcześni rodzice już nie jednoczą sił  z nauczycielem w wychowaniu swoich pociech. Teraz, kiedy pojawia się problem, szukają winy w szkole utwierdzając dziatwę w przekonaniu, że nie ma ona żadnych obowiązków, natomiast posiada szereg praw, które grono pedagogiczne musi respektować. W charakterze winnego ich własnych błędów wychowawczych najlepiej wybrać nauczyciela, który, nie dość, że zadaje codziennie do domu (czym powoduje stres u biednych dzieci), wymaga, żeby młodzież rozumiała co nieco z lekcji, to jeszcze od czasu do czasu rzuci jakimś wulgaryzmem pod adresem zestresowanych uczniów. To już w obecnych czasach prawdziwe przestępstwo! Nie ma znaczenia, że ci biedni zestresowani kompletnie ignorują nauczycieli podczas lekcji. W końcu makijaż trzeba kiedyś poprawiać, a przerwy przecież nie starcza. No i kontakt ze światem też trzeba mieć, czyli facebooka nikt wyłączać podczas zajęć nie zamierza. Zachowanie młodzieży oburzenia wśród rodziców nie wywołało, niemniej z wielką radością został przyjęty pomysł konfiskowania telefonów przed każdą lekcją. Pewnie. Nie radzimy sobie z własnymi dziećmi? Szkoła za nas załatwi. Najbardziej jednak spodobał mi się tekst, że przy czternastoletnich dzieciach nie powinno się używać niektórych  wyrażeń. Ciekawa jestem których? Niestety, jako osobie nieśmiałej, nie starczyło mi odwagi żeby spytać. Skądinąd wiem, że te czternastolatki mają bardzo bogate słownictwo. Niejeden polonista wzbogaciłby sobie przy nich zasób słów.
Problem chyba polega na tym, że rodzice chcieliby, żeby ich pociechy zdobyły w szkole wiedzę i jednocześnie, żeby szkoła nie stawiała im żadnych wymagań. Bo to stresuje. A jak są problemy z nauką to wina nauczycieli i już! Nieważne, że dziatwa (jak sama przyznaje) na naukę poświęca góra pół godziny dziennie. Przecież jest tyle ciekawszych zajęć…
Nie wiem czy jest jakikolwiek lek na to całe zło. Być może powinniśmy oprócz wbijania dzieciakom do głów listy praw jakie im przysługują, wspomnieć coś o obowiązkach? Mam wrażenie, że one po prostu o nich nie wiedzą. Już widzę to zdziwienie jak za kilka lat dowiedzą się od przyszłych pracodawców. 
Na wywiadówkę do drugiego syna nie poszłam. Moje nerwy mogłyby tego nie wytrzymać…


niedziela, 22 grudnia 2013

Świąteczny prezent

No i doczekałam się wspaniałego prezentu świątecznego! Fragment mojego blogu (a konkretnie „Opowieść zimowa”) trafił do druku i właśnie ukazał się w świątecznym wydaniu „Tygodnika Swarzędzkiego”! Z jednej strony - radość - okazja do znalezienia nowych czytelników. Z drugiej lęk przed krytyką ponieważ w naszej małej społeczności nietrudno wytropić i „obgadać” autora. Zwłaszcza, że moje nazwisko znalazło się pod artykułem. Ale nic to. Najważniejsze, że ktoś chciał wydrukować!

Pozdrawiam wszystkich, którym chce się od czasu do czasu  odwiedzić mój blog!

poniedziałek, 9 września 2013

Śmiech to zdrowie, czyli lepiej zapobiegać niż leczyć...


Podobno śmiech to zdrowie.  Skoro tak, to może warto „zaszczepić” się przed zimowymi wirusami i pośmiać na zapas? Ale z czego tu się śmiać? Osobiście znam dwa sprawdzone powody. Pierwszy to dobre towarzystwo, które potrafi żartować nie tylko z innych, ale również z siebie. Jednak, ponieważ towarzystwo nie zawsze jest się w stanie zebrać i pośmiać, proponuję drugi sposób -  wygodny fotel lub kanapa plus dobra komedia. Ale co zrobić kiedy nic (smutna prawda) ciekawego ostatnio nie nakręcono? Proponuję obejrzeć coś sprawdzonego! Miałam w ostatnią sobotę okazję przypomnieć sobie taki właśnie sprawdzony film (a ściśle to jego pierwszą część).  Nieco się z mężem zdziwiliśmy kiedy nasz nastoletni potomek oświadczył, że wieczorem „leci” „Jak rozpętałem II Wojnę Światową” i on to musi oglądać. Nie byłoby w tym nic dziwnego, tyle, że taka sama sytuacja miała miejsce jakiś miesiąc temu. Poza tym film ten spokojnie leży sobie na półce w wersji dvd. Ale cóż. Skoro trafiała się okazja posiedzieć przed telewizorem z naszymi nastolatkami (doświadczeni rodzice wiedzą, że graniczy to z cudem), skwapliwie usiedliśmy. I co się okazało? Że był to strzał w przysłowiową dziesiątkę! Uśmialiśmy się „po pachy”.  Teraz już wiem, którą polską komedię umieściłabym na pierwszym miejscu w rankingu. Może inne są śmieszniejsze, ale ta potrafi połączyć pokolenia we wspólnym terapeutycznym śmiechu. Młodzież przy okazji nieświadomie „łyknęła” nieco historii (a propos historii to jestem właśnie w małym szoku ponieważ kilka godzin temu dowiedziałam się od syna, że nie wie czym się rożni Lenin od cara Mikołaja – dla niego to po prostu dwaj Rosjanie?!!!). Ale wracając do tematu: na czym polega fenomen starych filmów? Odpowiedź, według mnie, mieści się w trzech słowach: SCENARIUSZ, REŻYSER, AKTORZY. Nic dodać, nic ująć.  
Wszystkim, którzy są już znudzeni beznadziejnymi współczesnymi wytworami polskiej kinematografii, polecam obejrzenie wojennych losów Franka Dolasa. To nic, że po raz setny. Zawsze można zauważyć jakiś nowy szczegół. Na przykład taki:

Czy ten kształt górskiego szczytu w filmowej Jugosławii czegoś wam nie przypomina? 

środa, 21 sierpnia 2013

Opowieść letnia


Nareszcie! Tyle miesięcy czekałam na ten moment. Można spać do dziewiątej bez wyrzutów sumienia. Co więcej – z poczuciem, że to lenistwo jest w pełni zasłużone. Tak właśnie zaczynam długo wyczekiwany urlop…
    Pomiędzy drzewami widać już błyszczącą od słońca taflę jeziora. Wystarczy zejść na dół, załatwić formalności w wypożyczalni i już można wypływać. Rower wodny to mój ulubiony środek transportu na jeziorze. Najpierw podpłynę do aeratora. Ciekawe – podobno to dziwne urządzenie ma spowodować oczyszczenie naszego jeziora. Być może doczekam chwili kiedy znów będzie można kąpać się w jego wodzie… Teraz mogę opłynąć wyspę. Tajemnicza, zielona, kusi, żeby zobaczyć co skrywa. Ale sama tam nie wejdę, aż taka odważna nie jestem.
    Mam wrażenie, że „moje” jeziorko zyskało drugie życie.  Przez długie lata było obdarowywane przez miasto ściekami, a na jego tafli czasami można było zobaczyć tylko jakąś łódkę z wędkarzem. Teraz aż miło popatrzeć: rowery, kajaki, łodzie, nawet kilka żaglówek. Całe mnóstwo ptactwa, które bez obawy podchodzi do karmiących je dzieci. I do tego jeszcze pływająca fontanna. Może za jakiś czas to miejsce zacznie przyciągać Poznaniaków szukających odpoczynku. Tak jak to było wiele lat temu, jeszcze przed wojną…

    Ale to słońce razi w oczy. Trzeba było zabrać okulary… 
c.d.n.

środa, 17 kwietnia 2013

Recycling


Wiem, wiem. Temat oklepany. Teraz prawie każdy segreguje swoje śmieci. Ale w moim domu to nie tylko: plastik, papier, szkło….  Recycling oznacza u nas coś jeszcze. Każdy papierek, tekturka, patyczek od lizaka przechodzi swoistą selekcję. Przed wyrzuceniem musi go obejrzeć mój małżonek by stwierdzić czy jeszcze się nie przyda. Wiem. Brzmi to nieco dziwnie. Ale już wyjaśniam. Otóż, moje starsze „maleństwo” wraz ze swoim tatusiem potrafią z byle czego zrobić coś. Na potwierdzenie moich dziwnie brzmiących słów zamieszczam poniższe fotki. 




Kto by się domyślił, że przedstawione na nich rzeczy powstały tylko i wyłącznie z: tektury, patyczków, słomek i resztek starych zabawek? Żadnych kupnych elementów!
Podstawę do tych konkretnych modeli (bo modeli jest więcej) stanowiły kółka od starej zabawki. Najpierw kilka tygodni zajęło przeliczanie skali pod kątem tych właśnie kółek. Każdy kolejny element musiał swoim rozmiarem pasować. Później były długie żmudne tygodnie wycinania, klejenia, malowania. Efekt widzimy:   




Może te ich zabawki nie mają zastosowania praktycznego, ale na pewno cieszą oko. Poza tym jest to hobby, które nie wymaga nakładów finansowych. Zatem: same zalety! 
Zachęcam - spróbujcie się tak pobawić, zwłaszcza w długie zimowe wieczory. Teraz sezon się zakończył. Czas ruszyć na rowery!